Monday, March 24, 2008

Tajemnicza organizacja czuwająca nad równowagą świata

Z wieści pilnych, choć niezbyt radosnych – zbyt szybko ucieszyliśmy się z pokonania Kosiarzy. Według Urahara-san, zniszczyliśmy jedynie ich materialne powłoki, a ich… jestestwo, a raczej tworzące je reishi, wróciły do Hueco Mundo. Jeśli dobrze zrozumiałam dalszy wywód, odnoszący się zamierzchłej (dla mnie) historii, przypominało to jeden z eksperymentów Aizena. Najwyraźniej nasz przeciwnik w jakiś sposób wszedł w posiadanie wyników badań dawnego kapitana Gotei 13 i odrobił pracę domową. Nie wiem jak pozostałych, ale mnie przygnębiło to dość mocno. Co prawda moja rodzina specjalizuje się w badaniach, ale jeśli chodzi o mnie, pozwala mi to tylko lepiej zrozumieć niebezpieczeństwo związane z wiedzą w nieodpowiednich rękach (czy raczej, w nieodpowiednich głowach). W całkowicie zwarzonym humorze i marząc już tylko o ciepłym prysznicu oraz miękkiej kołdrze, pożegnałam się z obecnymi, potwierdziłam termin treningu i udałam się do siebie.

Kiedy przed wejściem zobaczyłam trzy białowłose postacie, nie byłam nawet specjalnie zaskoczona. Najwyraźniej naraziłam się jakiemuś bogowi, który postanowił mi urozmaicić życie. Od trzech dni co wieczór pojawia się nowy białowłosy. Jak tak dalej pójdzie, będę potrzebowała większego mieszkania, żeby zaprosić ich na herbatę. Do znanej mi już dwójki dołączył kilkunastoletni na oko niedorostek z miną ważniaka. Obrzuciłam ich ciężkim spojrzeniem, bez wstępów pytając, czy nie mogliby poczekać do rana, ale oczywiście nawet tak wyraźna sugestia nie dotarła. Do wyboru miałam awanturę na oczach sąsiadów albo wysłuchanie tego, z czym przyszli. Wybrałam opcję wymagającą mniejszego wysiłku i zaprosiłam ich do środka.

Szczeniak miał na imię Toboe i okazał się szefem. Zaproponował mi pakt – oni dadzą mi magiczną czytankę, dzięki której będę w stanie pokonać Kosiarzy i ich szefa, a ja w zamian pomogę im doprowadzić poziom reiatsu w tej okolicy do normy. Dowodem na skuteczność ich nauk miał być tamten heks, którym udało mi się zablokować pobór reishi przez Kosiarza – Kiba wbił mi go podobno do głowy, gdy byłam w stanie upojenia… Pomijając to, czy ta opowieść jest prawdziwa, ich propozycja nie przypadła mi do gustu. Po pierwsze, zachowywali się jak religijni fanatycy, a tych zwykle staram się unikać. Po drugie, teoria o „naturalnym poziomie reiatsu” brzmiała dla mnie całkowicie nieprzekonująco, bo właściwie kto i na jakiej podstawie ustalił tą normę? Po trzecie, normalizacja poziomu reiatsu polegałaby na odesłaniu shinigami (przynajmniej tych silniejszych) na stałe do Seiretei, likwidację dziwadeł typu shinigami daiko, rozbicie ekipy w Las Noches (bo kto słyszał o inteligentnych hollowach, toż to wyrodzenie jakieś) i dalej w ten deseń. Czyli miałabym usunąć, abstrahując w tym momencie od metod, wszystkich moich obecnych sprzymierzeńców. Nie spytałam, czy potem powinnam zamordować swoją rodzinę i popełnić samobójstwo (też chyba mamy za wysokie reiatsu), bo białowłosi nie wyglądali na osobników rozumiejących sarkazm. Jak wynika z powyższego, propozycję odrzuciłam i to niezbyt dyplomatycznie. Gdyby dali mi się wyspać, rozmowa mogłaby mieć przyjemniejszy przebieg (choć efekt byłby pewnie taki sam). Niewykluczone, że udałoby mi się potem z tego sklecić wywiad dla magazynu… A tak, stopień irytacji nie pozwolił mi nawet wyciągnąć aparatu. Potem zaczęli przebąkiwać o tym, że mogą się przecież zwrócić do mojej kuzynki i to mnie już mocno poruszyło. Wpraszają mi się do domu, gadają od rzeczy, a następnie grożą! Próbowali tonować, ale dla mnie to była groźba. Co prawda nie wierzyłam, żeby Ami-chan dała im inną odpowiedź, ale wolałabym też, żeby nie została wplątana w cały ten bałagan. Wytłumaczyłam im więc, że choć nie mam ochoty spotkać się z nimi na wojenne ścieżce, w razie gdy zaczną zbyt blisko interesować się moją kuzynką, potraktuję to jako sprawę osobistą. Efekt mógłby im się nie spodobać (mnie pewnie też, ale to osobna kwestia). Na tym wymiana uprzejmości się skończyła i wreszcie zostawili mnie samą. Spojrzałam tęsknie w kierunku futonu, ale najpierw musiałam wykonać kilka telefonów.

Pierwszy był do Ami. Okazało się, że jest w Tokio, ale nie ma pojęcia o tym, co się ostatnio działo, ani o tym, że dziadek jest w szpitalu. Poprosiłam, żeby do mnie przyjechała jeszcze tego wieczoru i się rozłączyłam. Następnie zadzwoniłam do dziadka, żeby wybadać co wie o białowłosych fanatykach. Okazało się, że to jakiś wczesny i antyczny odłam Quinci (mocno upraszczając), stanowiący samozwańczą służbę kontrolną świata i wierzący w swoją mistyczną więź z wilkami. Nie powinnam im się narażać (to ostrzeżenie było stanowczo spóźnione) ani na nic się zgadzać (to z kolei było niepotrzebne). Obiecałam wpaść następnego dnia w odwiedziny i poszłam wreszcie wziąć prysznic…

Ami-chan przyjechała już dość późno. Wytłumaczyłam jej, co obecnie dzieje się w mieście i kto jest kim. Zgodnie z moimi przewidywaniami, moja młodsza kuzynka jest stanowczo zbyt rozsądna na to, żeby wilkom udało się ją wykorzystać do swoich celów. Uzgodniłyśmy, że rano pojedziemy razem do szpitala i w końcu mogłam zasnąć.

Następny dzień zaczął się katastrofalnie, a potem było już tylko gorzej. Do dziadka nie dotarłam, bo gdy jechałyśmy kolejką, w pobliżu pojawił się Kosiarz. Jego reiatsu sprawiło, że ludzie dookoła zaczęli się dusić i mdleć. Kazałam Ami wynosić się z okolicy, dałam numer do sklepu Urahary, żeby zadzwoniła po posiłki (jakby sami nie zauważyli, co się dzieje) i wystartowałam w stronę Kosiarza. Ami poczuła się chyba straszliwie urażona, ale a) nie miałam czasu na dyplomację, b) nie chciałam, żeby była w pobliżu walki. Ja wiedziałam, że jakiś czas dam sobie radę, a potem powinni pojawić się inni. Gdyby była ze mną, musiałabym ją osłaniać, a wtedy obie byłybyśmy w jeszcze większych kłopotach… Walka przebiegła mniej więcej tak, jak sądziłam, czyli udało mi się zapieczętować Kosiarza i przez dłuższy czas zachować mobilność. Niestety, nasz przeciwnik najwyraźniej szybko się uczył i potrafił sparować praktycznie wszystko, co już kiedykolwiek widział. Efekty były opłakane, bo ani Klara-san ani Ulquiorra nie potrafili mu naprawdę zaszkodzić. Zdaje się, że kilka razy wybiłam dziurę w ścianie pobliskiego budynku, więc nie pamiętam zbyt wyraźnie końcowej fazy walki. Kosiarz chyba w końcu został pokonany. Ja obudziłam się w karetce. Kiedy dowiedziałam się, że będzie mnie składał doktor Kurosaki, miałam ochotę się roześmiać, ale zamiast tego straciłam przytomność, pewnie z ulgi, że to nie będzie zwykła urazówka… Ojciec dwójki shinigami daiko powienien wiedzieć, z czym ma do czynienia.

Ponownie obudziłam się jako mumia. Na szczęście Kurosaki Karin, która wyraźnie mnie nie pamiętała, po ustaleniu kim jestem, podała mi mój telefon. Pierwszy telefon do Urahary-san, żeby wyjaśnić gdzie jestem. Przy okazji dowiedziałam się, że prawdopodobnie mam w sobie jakiegoś „mini-hollowa” jako urządzenie szpiegujące. Bue, obrzydliwe. W dodatku Urahara-san zapowiedział, że mnie odwiedzi, żeby go usunąć. Niedoczekanie… Drugi telefon do Ami. Jak przypuszczałam, była obrażona. Na szczęście miała dość rozsądku (albo urażonej dumy), żeby pojechać prosto do dziadka i nie próbować żadnego bohaterstwa. W jej głosie brzmiała ponura satysfakcja, że wylądowałam w szpitalu (wolę to, niż udział w jej pogrzebie, ale tego nie powiedziałam). Argument, że ma dość szkolenia, żeby radzić sobie nie gorzej ode mnie, odruchowo sparowałam stwierdzeniem, że różnica szkolenia wynosi siedem lat, co ją na moment wyhamowało, choć raczej nie poprawiło naszych stosunków. Przeprosiłam, wytłumaczyłam dlaczego nie chciałam jej w pobliżu, ale nie sądzę, żeby mi wybaczyła. Mam tylko nadzieję, że wciąż mam na nią choć minimalny wpływ. Stanowczo nie nadaję się na nauczyciela. W dodatku dziadek wygadał się o pudełku, które wciąż leżało u mnie w pokoju. Obiecałam, że oddam jej je zaraz jak stanę na nogi (na razie nie zapowiadało się, żeby miało to nastąpić szybko). Przynajmniej będzie musiała się ze mną zobaczyć.

Wydobycie mini-hollowa nie było szczególnie trudne, choć wolne i nieprzyjemne. Dostatecznie dobrze znałam swoje reiatsu (nawet w obecnym, opłakanym stanie), żeby znaleźć to, co do niego nie pasowało, po czym „wydłubać” to z siebie. W końcu moc Quinci polega właśnie na manipulacji reishi. Przyznam się jednak, że nie spodziewałam się gwałtownej pojawienia się panny Kurosaki w stroju shinigami. Mocno się zmieszała, gdy pokazałam jej straszliwego hollowa, który zaatakował klinikę. Urahara-san wydawał się bardziej rozczarowany niż zdziwiony… Następnym gościem była Inoue Orihime (w towarzystwie arrancara, co znów wywołało zamieszanie), dzięki której mogłam opuścić gościnne progi kliniki Kurosaki dużo wcześniej, niż wydawało się to możliwe. Dobrze, bo już nic mnie nie boli. Źle, bo nici wzięli wypoczynek. Kiedy właściwie mam trenować, jeśli codziennie mamy walną bitwę? I jaki sens ma w takiej sytuacji trening? Chyba powinnam wyjechać na wakacje. Postanowiłam następnego dnia zadzwonić do redakcji i zapytać, jak naczelny zapatruje się na reportaż o wierzeniach Indian Pueblo.

No comments: