Sunday, February 3, 2008

Party time!

Kochany dzienniczku, bardzo Cię zaniedbałam, ale obiecuję poprawę. Zaledwie kilka miesięcy temu wyplątałam się z tamtej afery… Znowu się zaczęło dziać, choć starałam się być grzeczna, słuchać dziadka i nie irytować (nadmiernie) wujka Ryuukena. Nawet zaczęli się o mnie martwić w redakcji, bo po oddaniu cyklu reportaży z bardzo okrojoną wersją wydarzeń związanych z pigmentem, hyu i radosnych pogromców hollowów ograniczyłam się do rutynowych artykulików o astrologii i duchach w okolicach starych świątyń. Tłumaczyłam się zbliżającymi się egzaminami, ale chyba nie do końca mi uwierzyli. Po tej sesji do Tokio miał przyjechać mój brat, w tym roku zaczynający naukę w collegu. Chociażby z tego powodu musiałam trochę znormalnieć, Hikaru nie zasługiwał na taki szok na samym początku studiów.

Podejrzewam, że nagranie trafiło do mnie z podszeptu naczelnego. Było zbyt mętne, żeby je do czegoś wykorzystać, ale w normalnych warunkach wystarczyło by do tego, żebym złapała trop i stworzyła następny ledwo nadający się do publikacji w poważnym (sic!) piśmie reportaż. Warunki jednak nie były normalne, bo jeszcze zbyt dobrze pamiętałam, gdzie ciekawość doprowadziła kota. Poza tym naprawdę miałam poważne zaległości w nauce. Nagranie oczywiście obejrzałam. Jakość była kiepska, jak to zwykle bywa z filmami z kamer przemysłowych. Mimo to nie mogłam nie zauważyć, że przynajmniej jedna z przedstawionych tam osób wygląda znajomo. Kiedy bohaterowie zaczęli znikać, a okolica w różnych miejscach kadru zaczęła przejawiać tendencje wybuchowe, nie miałam już wątpliwości. Potop, który na pozór nie miał racjonalnego wytłumaczenia, już nie zrobił na mnie wrażenia. Podobnie jak zamrożenie wszystkiego dookoła, co było zwieńczeniem tego festiwalu destrukcji. Przelotnie zastanowiłam się, kto mógł wykonać tą ostatnią akcję, ale nie byłam aż tak zaciekawiona, żeby zadzwonić do kogoś i zapytać. Zamiast tego wyjęłam płytę z napędu, starannie zapakowałam w kopertę i ukryłam głęboko w szufladzie. Może zajmę się tym po sesji. A może nie.

Z perspektywy czasu incydent z filmem należy uznać za preludium. Prawdziwym początkiem był telefon od dziadka, wzywający mnie w trybie pilnym i niejasnym do jego rezydencji. Ponieważ nie lubię niejasnych wezwań, pojechałam metrem. Nie należy uznać tego za lekceważenie, w końcu metro to jeden z najszybszych sposobów komunikacji w mieście, prawda?

Humor, już częściowo zważony perspektywą spotkania z marudnym staruszkiem i jego samochodami, zepsuł mi się do reszty gdy poczułam reiatsu w okolicach rezydencji. Przestawiłam myślenie na „quinci mode”, robiąc szybką inwentaryzację posiadanych środków zaczepno-obronnych. Dzięki mojej paranoi miałam przy sobie nie tylko krzyżyk, ale i sporą ilość ginto. Czymkolwiek było stworzenie w środku, miało aurę podobną do hollowa, a to nie był dobry znak. Jeszcze gorszym był brak zamieszania, wybite szyby i zapach krwi w powietrzu… Podskoczyłam do okna na piętrze, ostrożnie zaglądając do środka. Pokój był zrujnowany, na co ledwo zwróciłam uwagę, widząc ciała dwójki służących. Wsunęłam się do wnętrza i ostrożnie zaczęłam sprawdzać kolejne pomieszczenia. W końcu wyczułam reiatsu dziadka, zbyt słabe, by był przytomny. Był na dole, więc ruszyłam w stronę schodów. Właśnie tam natknęłam się na Nazgula.

No dobrze, to nie był Nazgul. Miał kosę, nie miecz. Peleryna i gorejące oczy się jednak zgadzały… Przedstawił się jako Pierwszy Kosiarz, po czym postanowił podjąć zbożne dzieło eliminacji znajdujących się w okolicy quinci (czyli mnie). Kiedy uznałam, że cywilizowana wymiana zdań dobiega końca, rzuciłam Volcore i zeszłam z linii ataku. Nie dało mi to wiele czasu, ale dość żebym miała przewagę w rozpoczynającym się berku. Szybko przeniosłam zabawę na zewnątrz. Po pierwsze, chciałam odciągnąć stwora (nadal nie miałam pojęcia, czym jest) od rannych. Po drugie, efektywne użycie łuku wymaga przestrzeni. Dość szybko zauważyłam, że Kosiarz ustępuje mi szybkością. W pierwszej chwili wyglądało to tak, jakby się teleportował przy akompaniamencie dartego płótna, ale w rzeczywistości ta zdolność przypominała sonido. Był dostatecznie wolny, żebym była w stanie do niego celować w ruchu. Niestety moje strzały, nawet silne, nie robiły na nim większego wrażenia. Udało mi się osiągnąć tyle, że się zdenerwował i pozbył peleryny. Widocznie wcześniej ograniczała mu ruchy, bo nagle przyspieszył. Nawet nie zauważyłam, kiedy sięgnął mnie kosą. Chwilę potem udało mu się drugi raz. Był bardzo zadowolony z siebie, gdy mi tłumaczył, że najmniejsze draśnięcie oznacza stopniową śmierć ciała. Fuj. Miałam już całkiem lekką głowę, gdy pojawił się wybawca, w formie opancerzonego hollowa bez dziury. Unieruchomił Kosiarza pasmami zielonej energii i kazał mi strzelać. Quinci zabijają hollowy, prawda? Przez chwilę nie byłam całkiem pewna, do kogo mam strzelać, ale na szczęście nie byłam aż tak nieprzytomna (lub wściekła), żeby na serio rozważać strzał do nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Następne kilka minut pamiętam mętnie, ale szkieletor zniknął.

Przybysz (przedstawił się, ale nie zapamiętałam imienia, wstyd!) opatrzył mnie, zszywając rany zieloną energią. Był w stanie spowolnić działanie jadowitej kosy, ale nie zneutralizować jej działanie. Poprosiłam go o pomoc przy opatrywaniu pozostałych rannych. Dziadka znaleźliśmy z bibliotece. Chociaż raz mogłam mu powiedzieć, co ma robić, a on nie mógł się sprzeciwić. Przynajmniej przez chwilę. Zostawiłam z nim Tajemniczego Wybawcę, a sama zadzwoniłam do Ishidy. Jeśli rzeczywiście wszyscy mieliśmy umrzeć w ciągu kilku godzin, ktoś musiał wiedzieć, co się wydarzyło i jakie konsekwencje wynikają z istnienia Pierwszego Kosiarza. Wśród nich wysoce prawdopodobne istnienie Drugiego. Wujek był wyjątkowo miły, chyba miał wyrzuty sumienia, że nie może natychmiast przyjechać. Najwyraźniej Drugi też miał swój dzień. Rozłączyłam się, zanim zaczął przepraszać, tego mogłabym nie znieść.

Dziadek nie był wiele lepszy. Nie zwracając uwagi na sugestie, że jest za słaby na cokolwiek poza czekaniem na fachową pomoc postanowił odsłonić przede mną wstrząsające fakty. Nie byłam wybrykiem natury. Kobiety w naszej gałęzi rodziny od zawsze zajmowały się brudną robotą, pozostawiając mężczyzn w laboratoriach. Nic dziwnego, że teraz rodzi się tak mało utalentowanych dziewczynek, skoro przez stulecia wysyłano je na pierwszą linię… ale do tego wniosku oczywiście musiałam dojść sama, bo żaden facet by na to nie wpadł. Następnie dowiedziałam się, że mogę się okazać Jedyną Nadzieją. Albo Prawie Jedyną, bo pewnie będę musiała się podzielić tytułem z Ami-chan. Mówiąc krótko, prawdopodobnie mam Przeznaczenie. Na potwierdzenie tego dostałam dwa pudełka, jak się domyślałam pełne artefaktów, jedno dla mnie, a drugie dla kuzynki. Do dziadka nigdy nie dotarło, że dziewczynkom daje się lalki. Przynajmniej pudełko dla Ami było obwiązane różową wstążeczką. Potem staruszek wyciągnął jakąś błyszczącą pałeczkę, przełamał ją, biały ogień pokrył moje rany i urwał mi się film.

Obudziłam się pod stosem książek. To oznaczało bibliotekę albo moją sypialnię. Ze wskazaniem na bibliotekę, bo moje książki w większości miały miękkie okładki. W budynku nie było nikogo poza mną i Tajemniczym. Pozostałych zabrało pogotowie, po tym jak dziadek ukrył mnie pod książkami. Jakie to logiczne… Odstawiłam pudełka na bok i postanowiłam zrobić herbatę. Po walce, dwóch typach leczenia i chwilowym braku świadomości umierałam z pragnienia. Musiałam się jednak zadowolić kilkoma łykami wody, ponieważ Tajemniczy postanowił sprawdzić miejsca pozostałych dwóch ataków (właśnie się o nich dowiedziałam). Nie mogłam go puścić samego, prawda?

Park wyglądał jak scena z horroru klasy C. Ludzkie szczątki rozrzucone dookoła, flaki zwisające z drzew, czerwone smugi na trawie. Okropność. Wypatrzyłam tam postać Klary-san i bez większego zdziwienia przyjęłam fakt, że rozmawia z Tajemniczym jak ze starym znajomym. Tego kosiarza najwyraźniej przepędzili (nie odważyliśmy się uznać, że zostali zniszczeni) arrankarzy. Trzecim zaatakowanym miejscem było centrum handlowe. Na szczęście karetki były tam przed nami, ale i tak wyglądało to koszmarnie. Połowa budynku leżała w ruinie. Po okolicy kręcili się shinigami, najwyraźniej w tym miejscu to oni zajęli się kosiarzem. Wśród nich wypatrzyłam charakterystycznego małego kapitana i Tomokazu Ayę, mocno nieszczęśliwą i starannie to ukrywającą. Przyczyna wyjaśniła się bardzo szybko – oddziałem dowodził Arisugawa-san, którego nigdzie nie można było znaleźć. Żeby ostatecznie uprzyjemnić mi dzień, pojawili się jeszcze Ulquiorra i Inoue-san. Dzięki zdolnościom zielonkawego arrankara mogliśmy obejrzeć finał walki w centrum i interesującą różowowłosą dziewczynę, która odegrała w nim decydującą rolę. Wszyscy obecni zgodnie uznali, że Arisugawa przebywa obecnie w jej ponętnym towarzystwie i nie znajduje się w stanie bezpośredniego zagrożenia. Dalsze rozważania zaczęły mnie już nudzić, więc po ustaleniu, że wszyscy zainteresowani spotkają się u Urahary, oddaliłam się samotnie.

Główną przyczyną była ciekawość, co właściwie podrzucił mi dziadek. Rodowa posiadłość wymagała remontu i wyglądała jak scenografia do filmu o duchach, więc tylko zabrałam stamtąd obie paczki i pojechałam do siebie. Tam mogłam wreszcie w spokoju zaparzyć herbatę i rozpakować prezent. W mojej paczce był łuk – prawdziwe, solidne łuczysko, które nie mieściło się do torebki. Pod nim leżały dwie metalowe bransoletki, całkiem gustowne jak na wyrób quinci. Oczywiście był to wyrób jubilerski tej samej klasy co mój mały krzyżyk… Po ich założeniu miałam bardzo dziwne uczucie – coś pomiędzy narastaniem energii a jej zablokowaniem. Interesujące, ale w razie następnego ataku wolałabym nie mieć na sobie nic blokującego moje zdolności, więc odłożyłam je na bok. Najbardziej spodobał mi się trzeci element wyposażenia. Kawałek dziwacznie ukształtowanego metalu, tworzącego stosunkowo wygodny uchwyt. Poczułam leciutki ruch energii, więc na próbę puściłam przez jeden strumień reishi. Rękojeść zabuczała i pojawiło się świetliste ostrze. Bomba! Dziadek dał mi miecz świetlny! Właściwie, sprostowałam po chwili, dziesięć mieczy. Zważyłam broń w ręku i uznałam, że do rzucania też się nadaje (oraz zapewnie strzelania, jak przystało quinci…). Łuk na razie odłożyłam do pudełka jako zbyt nieporęczny, bransolety wrzuciłam do torby, a dwie tuleje (jakoś je muszę nazywać) za pasek i po jednej do każdego rękawa. Przez chwilę wahałam się nad drugim pudełkiem, po czym zdecydowanym ruchem rozwiązałam różową wstążeczkę. Nie dam Ami żadnej przesyłki od dziadka nie sprawdzając wcześniej zawartości. Poza tym byłam ciekawa.

Pod pierwszą warstwą papieru była kartka z napisem „To nie dla ciebie!”. Charakter pisma dziadka. Odłożyłam ją na bok. Druga kartka wyjaśniała, że wewnątrz nie ma nic, czego nie byłoby w moim pudełku. Wzruszyłam ramionami. Jeśli tak jest, mogę tam spokojnie zajrzeć. Rzeczywiście zawartość paczki była niemal taka sama, brakowało tylko bransoletek. Zawinęłam wszystko ponownie, starannie wiążąc kokardkę. Kartki wyrzuciłam, Ami mogłaby nie zrozumieć żartu. Postanowiłam na razie jej o niczym nie informować. Nie chciałam jej wciągać w ten bałagan zanim nie dowiem się czegoś więcej.

Uznałam, że dość już zwlekałam i ruszyłam do Urahary. Zastałam towarzystwo w czasie dyskusji stanowiącej skrzyżowanie burzy mózgów i narady strategicznej. Takie spotkania zwykle straszliwie mnie nudzą, to nie było wyjątkiem. Znowu głównym podejrzanym okazał się Vasto Lorde, ukryty w ogromnej burzy w Hueco Mundo. Interesującym przerywnikiem było „odbicie” Arisugawy-san z rąk różowowłosej nieznajomej. Wciąż był w kiepskiej formie, a Tomokazu chyba miała mu coś za złe... Opracowano wstępne zarysy planu wyprawy zwiadowczej, jak dla mnie brzmiącego jak bardzo skomplikowane samobójstwo. Na razie jednak mogliśmy tylko czekać i starać się przygotować na nieuniknione spotkanie z Kosiarzami. Gdy tylko mogłam to zrobić, pożegnałam się z obecnymi i wybrałam się do kliniki Ishidy. Nieważne, co myślę o swojej rodzinie, wciąż jest to rodzina…

Najpierw rozmowa z wujkiem. Niestety, na razie nie był w stanie opracować antidotum na tą śmiertelną zgniliznę i jedyną dobrą radą było jak najszybciej oddalić się od Kosiarza. Najwyraźniej rany normalniały (jeśli można się tak wyrazić), gdy nie było go w pobliżu. Albo gdy wrócił do siebie – mieliśmy za mało danych, żeby stwierdzić to z całkowitą pewnością. Otrzymałam też nie do końca jasne ostrzeżenie przed opowieściami dziadka i próbami wrobienia mnie w coś. Na przykład w ratowanie świata. Całkowicie szczerze zapewniłam wujka Ryuukena, że nie mam najmniejszych chęci na zostanie bohaterką, rodzinna tradycja czy nie. Nie jestem pewna, czy mi uwierzył.

Wizyta u dziadka również nie była zbyt owocna. Dowiedziałam się przynajmniej, że bransoletki mają mi pomóc w rozwinięciu swoich zdolności, ale do czasu aż znajdę trochę czasu na trening z nimi, lepiej ich nie zakładać, bo ograniczą moje możliwości. Otrzymałam też światłą radę (polecenie?) zwrócenia się o pomoc do Uryuu-nii. Boleśnie upraszczając, ja jestem (według dziadka) specjalistką od silnych ciosów, a kuzyn od szybkostrzelności, która by mi się bardzo przydała. Temu nie zaprzeczę…

Ze szpitala wracałam w kiepskim humorze. Pomijając wszystkie przygnębiające wydarzenia tego dnia, byłam zmęczona, obolała i straszliwie głodna. Nie jadłam nic od wczesnego śniadania, a zaczynało się już ściemniać. Idąc ulicą zorientowałam się, że ktoś mi się przygląda. Gapi się byłoby trafniejszym określeniem. Nie ma nic nadzwyczajnego w chłopaku obserwującym ładną dziewczynę, ale robienie tego ze szczytu kilkumetrowego słupa wykracza już poza normalność. Opcja pierwsza – zignorować. Kiepski pomysł, to na pewno nie jest przypadkowych przechodzień. Jego reiatsu nie było imponujące, ale nie pasowało do żadnego znanego mi wzoru. Opcja druga – zestrzelić. Kuszące, ale to nie byłby najlepszy początek znajomości. Pozostawało tylko jedno…

Wskoczyłam lekko na sąsiedni słup. Nieznajomy wyglądał na nieco starszego ode mnie, miał białe włosy i był całkiem przystojny. Przedstawił się jako Kiba – dziwaczne nazwisko, w dodatku nie podał imienia. Wiedział, że jestem quinci, ale zachowywał się dziwnie. W końcu zapytałam go wprost, czy chce spróbować mnie zabić, czy zaprosić na randkę. Na początek stanęło na walce… Byliśmy już wtedy na ziemi i mimo nonszalanckiej pozy byłam przygotowana na kłopoty, więc atak mieczem sparowałam bez większych problemów. Miecz świetlny w każdym rękawie to był jednak dobry pomysł! Kiba był szybki, ale nie była to szczególnie ciężka walka. Żadne z nas nie potraktowało jej zbyt poważnie. Mimo to chyba był zadowolony, sądząc z komentarza, że „mogę być nią”. O-o. Następnie po raz drugi tego dnia usłyszałam o Przeznaczeniu. Tym razem wersja: „Jesteś Wybranką, a ja przeznaczonym ci nauczycielem. Moja rodzina przez pokolenia przechowuje w tym calu największe sekretne techniki quinci, z których co prawda nie możemy korzystać, ale mogę cię ich nauczyć.” O, bogowie, ratujcie! Jego rodzina znalazła jeszcze bardziej pokręcony sposób na życie niż moja, tylko dlaczego musi mnie w to wciągać? Ponieważ zapowiadała się dłuższa rozmowa, zaciągnęłam go do baru sushi, gdzie mogłam wreszcie uzupełnić braki energetyczne. Niestety, moje tłumaczenie, że nie potrzebuję następnego nauczyciela i na pewno nie jestem Wybranką, której szuka, nie trafiły pod właściwy adres. Fakt, że w tym samym czasie pożerałam naprzemiennie maki i nigiri. Mogłam mówić niewyraźnie.

Nie miał zamiaru się odczepić. Fakt, był przystojny… Takim chłopakiem mogłabym zaimponować paru lalom na wydziale. Tylko czy warto? Rozmyślania przerwał mi niecodzienny widok za oknem mijanego baru. Wewnątrz nad piwem siedzieli Klara-san i arrancar Grimmjaw. Oboje z nosami na kwintę. To, że tylko jedno z nich było widoczne dla zwykłych ludzi sprawiało, że sytuacja była jeszcze ciekawsza. Bez wahania weszłam do środka, holując za sobą Kibę, i przysiadłam się do tamtej dwójki. To, że mój samozwańczy nauczyciel nie ma problemu z przedstawieniem się arrancarowi, było oczywistością. Dalej potoczyło się już szybko. Nie jestem pewna, kto wpadł na pomysł, żeby przenieść się do klubu. I zaprosić jeszcze kilka osób. Wiem tylko, że wówczas wydawało się to genialnym rozwiązaniem.

Najpierw poszliśmy wyciągnąć z domu Tomokazu. Zapewniłam słodko Arisugawę, że nie śmiemy nawet proponować mu wyjścia, ze względu na wciąż nie zagojone rany. Aya z pewnością nie będzie narzekać na brak męskiego towarzystwa. Z jakiegoś powodu wprosił się niemalże na siłę… Potem wpadłam po kuzyna (żeby go rozruszać), a Klara-san dzwoniła po znajomych. Ostatecznie zebrała się duża grupa, z łącznie z shinigami i Kurosakim, a nieco później dołączyli arrancarowie, których chyba nikt nie zapraszał. Impreza na całego. Kiba wyglądał, jakby nieźle się bawił, ale nadal był trochę sztywny. Klara-san, może dlatego że zaczęła wcześniej, szybko zaczęła bujać w chmurach. Jej plan zaostrzenia wszystkich słupów w mieście, żeby utrudnić shinigami skakanie po nich uznałam za fascynujący. Nie udało mi się niestety wyciągnąć od niej obietnicy, że będę mieć wyłączność na ten materiał… Dalszy rozwój wypadków jest na tyle niepewny, że pominę go milczeniem.

No comments: