Przebudzenie ze świadomością, że się przesadziło i przeczuciem, że wraz z powrotem pamięci samopoczucie może się tylko pogorszyć nie zdarzyło mi się po raz pierwszy. Nie po raz pierwszy też budziłam się nie mając pojęcia, gdzie jestem i jak się tam znalazłam. Mimo to, ten poranek zaliczam do najbardziej oryginalnych w moim życiu. Gdy zaczęłam już kojarzyć, uświadomiłam sobie, że leżę na stole (własnym), przywiązana do niego jakimiś szmatami, prawdopodobnie dla bezpieczeństwa. Ręce nie chciały mnie słuchać, więc rozplątanie węzłów zajęło mi parę minut. Byłam pewna, że sama sobie tego nie zrobiłam. Z doświadczenia wiem, że nawet na krawędzi utraty przytomności potrafię rozłożyć swój futon. Grunt do dobre odruchy, jak zawsze powtarzał mój sensei.
Uwzględniając powyższe i to, co pamiętałam z poprzedniego dnia, widok Kiby zwiniętego w kłębek na podłodze przy wejściu nie stanowił wielkiego zaskoczenia. Spał, a ja miałam kilka pilnych spraw do załatwienia, więc na razie dałam temu spokój. Najpierw łyknęłam trzy aspiryny, popijając je litrem wody. Potem powlokłam się do łazienki, żeby doprowadzić się do stanu, w którym znów poczuję się człowiekiem. Zajęło mi to sporo czasu… Kiedy wróciłam, usiadłam na krześle, opierając ręce na oparciu, i obserwowałam białowłosego. Nie trwało to długo. Wstał, otrząsnął się, spojrzał na mnie i wyszedł. Po dłuższej chwili wrócił, wyglądając całkiem świeżo. Nie miał kaca? Co za niesprawiedliwość…
Zaproponowałam mu śniadanie, ale odmówił tłumacząc się specyficzną dietą. Zapytałam z przekąsem, czy składa się z surowego mięsa – nie zaprzeczył. Coś zaczęło mi świtać, ale wciąż za bardzo bolała mnie głowa, żebym była w stanie zamienić chwilowe olśnienie we wnioski. Od słowa do słowa potwierdził, że mnie przyniósł pijaną do mieszkania (skąd znał adres?). Podziękowałam, ale potem rozmowa potoczyła się w kiepskim kierunku. Jaki facet wypomina dziewczynie drinki, które wypiła na jego koszt (nawet nie prosiłam, żeby mi stawiał)? W dodatku sugestia, że wieczór spędzony razem na imprezie oznacza akceptację jego obecności w moim życiu była stanowczo na wyrost. Mógłby dać spokój tym opowieściom o Wybrance… Jak przestanie twierdzić, ze jest moim mistrzem, mogę się z nim nawet umawiać.
Po wyjściu Kiby, który uznał, że tego dnia nie da się ze mną dogadać, postanowiłam odwiedzić kuzyna. Z aspiryną, na wypadek gdyby mu się skończyła (choć u studenta medycyny to mało prawdopodobne). Uryuu przywitał mnie w paskudnym nastroju i dopiero po chwili dotarło do mnie, że powodem nie był ból głowy tylko nagłówki w gazetach. Pojawienie się kosiarzy pociągnęło za sobą 80 ofiar śmiertelnych (nie licząc shinigami, bo o nich oczywiście nie napisano). W przeciwieństwie do niego widziałam wszystkie miejsca ataku, mimo to liczba ofiar mnie zaskoczyła. Prawda, nie widziałam centrum handlowego przed przyjazdem karetek… Jednak natychmiast górę wzięła pragmatyczna część mojej natury. Lepszego momentu na wyłożenie sprawy, z którą przyszłam, nie mogłam się spodziewać. Zaproponowałam Uryuu-nii wspólny trening (zaznaczając, że to nie był mój pomysł), wskazując na koniczność przygotowania się na następną wizytę kosiarzy. Oczywiście obruszył się na sugestię, że mógłby się czegoś ode mnie nauczyć. Zależało mi na jego zgodzie (nie zaprzeczam, że ma więcej doświadczenia, a ja planuję przeżyć), więc przełknęłam większość cisnących mi się na usta odpowiedzi. On też chyba sprzeciwiał się tylko dla zasady, ponieważ podejrzanie szybko przeszliśmy do ustalania konkretów. Pomysł, żeby zaangażować w nasz trening kogoś z obecnych w naszym świecie shinigami i poprosić Uraharę-san o sztuczne cele był całkiem dobry. Miałam zapytać, czy o pomoc poprosimy Hitsugaya-taicho (wątpię, żeby Uryuu był świadomy jego obecności) czy Tomokazu-san (tu z kolei mógł nie wiedzieć, co ona potrafi), ale ugryzłam się w język. Szczególnie, że i tak oboje jechaliśmy do Urahara-shouten.
Jak przewidywałam, zjawiliśmy się w trakcie wznowionej narady strategicznej. W jej trakcie zaszły dwa ważne fakty:
- przybyły posiłki z Seiretei: kapitan Zaraki, kapitan Unohana i Mishima-san (która natychmiast wzięła się za zamiatanie)
- pojawiła się Yoruichi-san, informując o tajemniczej śmierci dwóch „tarcz” i prawdopodobnym ataku na dwie inne osoby z tego grona.
Ta ostatnia informacja doprowadziła do szybkiego zakończenia dyskusji. Zostałam wytypowana na ochotnika do zbadania miejsca jednego z ataków, tego skierowanego na „tarczę” – znajomego Klary-san. Udało mi się przekazać, już niemal w biegu, Uraharze-san prośbę o pomoc w treningu i to by było na tyle.
Otoczenie domu, w którym mieszkał znajomy Klary-san, wyraźnie było miejscem jakiejś walki. Zidentyfikowałam słabe ślady reiatsu kosiarza, z którym spotkałam się dzień wcześniej, ale nie potrafiłam określić, kto go przepędził. Ślady coś mi przypominały, ale nie potrafiłam przypiąć im żadnej etykietki. W końcu usiadłam wśród krzaków, które w nocy ktoś zmroził, i zatopiłam się w medytacji. Niepotrzebnie, jak się zaraz okazało, bo osoba odpowiedzialna za niszczenie zieleni pojawiła się osobiście. Różowowłosa pomywaczka shinigami o niewyparzonym języku: Ari Yuriko. Charakterystyka reiatsu: baunto? To tyle, jeśli chodzi o ich wytępenie. Szybko wysłałam Klarę-san, żeby ostrzegła „tarczę” przed niebezpieczeństwem, po czym wyjaśniłam Ari-san, że mówienie Klarze-san per „demonie” (w luźnym przekładzie) nie jest politycznie poprawne oraz że powinna nadrobić braki w zakresie wiedzy o aktualnych sojuszach. W skrócie, arrankarzy obecnie nie są traktowani jako wrogowie, chyba że sami tego chcą.
Nieco później, będąc już w drodze do bazy, zostaliśmy zaatakowani przez kosiarza. Dzięki obecności tarczy mogliśmy być pewni, że tym razem nie ucierpią zwykli ludzie, ale taka bariera to obosieczny miecz. Nie mogliśmy również wezwać pomocy ani liczyć na to, że nadejdzie jakieś wsparcie. Walka nie szła nam dobrze. Jak pamiętałam, kosiarz był niezwykle silny i szybki. Wyglądało na to, że czerpie energię z zewnątrz, a także od tych, których zranił. Przypomniała mi się uwaga Uryuu-nii, że zna sposób na zablokowanie tej umiejętności. Nie zdążył mi go przekazać… ale przecież ja też potrafiłam to i owo. Zajęło mi to sporo czasu, nie byłam pewna efektu tej improwizacji, ale w końcu rzuciłam w kosiarza heksem. I zadziałało! Oczywiście rezultat nie był natychmiast widoczny, ale teraz nie mógł już regenerować się po każdym trafieniu. W dodatku znajomy Klary zmodyfikował tarczę, dzięki czemu do wewnątrz dostał się Ulquiorra. To był koniec tego kosiarza, tym razem byliśmy pewni, że został zniszczony.
Nie byłam zdziwiona, że pozostałe grupy także zostały zaatakowane. Uryuu-nii był mocno sponiewierany. Wzruszyłam się faktem, że się o mnie martwił (nie zdążył mi przekazać tamtego heksa). Miałam też moment satysfakcji, gdy się dowiedział, że sama wymyśliłam rozwiązanie… Rzadka przyjemność. Kapitan Zaraki był mocno nie w humorze, mrucząc coś o niesportowych metodach kosiarzy. Grypa Tomokazu-san przyprowadziła nieznajomego, którego reiatsu było podejrzanie podobne do tego, które miał Kiba. Ważniejsze jednak było, że wrócili bez Mishimy-san, która zniknęła zadając kosiarzowi decydujący cios. Wszyscy chcieliśmy wierzyć, że jeszcze się pojawi, ale oficjalnie została uznana za zaginioną w akcji. 3:1 dla nas, stwierdził Urahara-san. Oczywiście, uwzględniając dwie zabite w nocy tarcze wynik zmienia się na 3:3… A pokonanie jednego kosiarza wymaga współpracy kilku bardzo silnych osób. Według mnie, przegrywamy.
No comments:
Post a Comment