Monday, April 2, 2007

Podejrzane znajomości dziadka i ogólna irytacja

Nie znoszę szpitali. Fakt, że klinika Ishidy nie jest najgorsza, ale dlaczego musimy się spotykać właśnie tam, a nie w jakimś przyjemniejszym miejscu, jak na przykład restauracji? Moi nowi znajomi z innego świata poznikali, więc teoretycznie mogłabym spokojnie uporządkować materiały – gdyby nie nagłe wezwanie na tą rodzinną naradę. Całe szczęście, że udało mi się skończyć pierwszą wersję artykułu w pociągu i wysłać ją z dworca do redakcji.

Na powitanie dziadek pomarudził, że się spóźniłam - jeśli tak im zależało na mojej obecności, mogli wziąć pod uwagę czas potrzebny na podróż. Usiadłam więc grzecznie w kącie i jak zwykle na tego rodzaju spotkaniach udawałam, że mnie nie ma. Obecni pomagali mi z całych sił. Jak się jest jedyną kobietą i najmłodszą obecną osobą w towarzystwie, takie sprawy przychodzą naturalnie.

Zdaje się, że nie wyjaśniłam jeszcze sprawy mojego szkolenia. Przy ogólnym stosunku Quinci do kobiet w ich szeregach można by się spodziewać, że cała moja nauka sprowadzi się do tego, jak stłumić talent, by nie zrobić komuś krzywdy. Na szczęście ich szowinizm nie tłumi resztek rozsądku. Prawdopodobnie szczęśliwą dla mnie okolicznością było też to, że brat mojej matki nie był żonaty i nie posiadał potomstwa. Ponieważ nie istnieje akademia Quinci, nauczanie jest bardzo rozproszone i istnieje praktycznie tyle linii przekazu, co linii rodu. Teoretycznie Ryuuken-oji-san zna wszystkie techniki, w praktyce z pewnością istnieją sztuczki przekazywane tylko z mistrza na ucznia, bez informowania reszty klanu. Brak dzieci, które najczęściej są jedynymi uczniami, oznacza że część wiedzy przepadnie. Seikun-sensei był więc mile zaskoczony utalentowaną siostrzenicą (i bardzo niemile zaskoczony, że mój młodszy brat jest całkowicie pozbawiony talentu). Moje szkolenie zostało gwałtownie przerwane, gdy miałam szesnaście lat. Moja matka i wuj zginęli w banalnym wypadku samochodowym. Pół roku później przeniosłam się z Kioto, gdzie mieszkałam z rodzicami, do Tokio, przede wszystkim po to, żeby formalnie zakończyć szkolenie pod okiem seniora rodu. Na szczęście dla nas obojga nie zabrało to wiele czasu i mogłam się usamodzielnić. Od tego czasu odwiedzam ojca i brata nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Wiem, że matka uprzedziła przed ślubem ojca, że ich dzieci mogą „mieć pewne moce”, ale nie wiem, czy uwierzył… Więc ja nigdy o tym nie wspominam. Miło czasem być po prostu córką i siostrą, nawet jeśli w tym celu czasem trzeba nieco nagiąć prawdę. Nie wiem jednak, czy uda mi się to wszystko ukryć przed Hikaru, gdy za pół roku przyjedzie do Tokio do collegu…

Wracając do rodzinnej narady, zapowiedziany przez dziadka gość honorowy był dla mnie sporym szokiem. Do pokoju weszła białowłosa Sakura-sama i przez chwilę byłam pewna, że moje rozrywkowe wakacje są już w szczegółach znane wszystkim obecnym. Potem myślenie dogoniło odruchy i odetchnęłam z ulgą. Gdyby wiedzieli, powitanie byłoby inne. Ukłoniłam się grzecznie, wybąkałam jakieś powitanie (mając nadzieję, że nikt poza nią nie usłyszy) i zniknęłam za zasłonką. Zawsze to jakaś iluzja niewidzialności. W imię jakiś starych interesów i podejrzanych przysług Sakura-sama (za pośrednictwem dziadka) rozesłała nas po okolicy w poszukiwaniu trójki zaginionych demonologów. Mogło być gorzej… Ona wyszła, a wujek Ryuuken wyciągnął mnie zza zasłonki i kazał szukać ożywieńców w parze w Uuryu-nii. To właśnie było „gorzej”.

Uuryu rozbawił mnie na wstępie podejrzeniem, że nie będę w stanie rozpoznać aury demonologów, ale nie widziałam powodu, żeby wprowadzać go w szczegóły mojej znajomości z nimi. Dał mi krzyżyk (po co? Mój bardzo dobrze działa…) i pojechaliśmy razem w stronę uniwersytetu. Równie dobre miejsce, jak każde inne, szczególnie kiedy przy okazji załatwia się prywatne sprawy (to nie o mnie). Jechaliśmy spokojnie (uparcie udawałam, że drzemię), gdy całkiem niedaleko ktoś uaktywnił bankai. Albo coś bardzo podobnego. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że cokolwiek się działo, już się skończyło. Niektóre ślady wyglądały dziwnie znajomo, ale mogło mi się wydawać. Rozstałam się z Uuryu-nii i poszłam na spacer. Czyli do najbliższej knajpki.

Zauważyłam ich zaraz po wejściu do baru. Tomokazu-san i Yui-chan siedziały przy stoliku z młodą kobietą i osobnikiem o bardzo dziwnej aurze i w widoczny sposób się przed nimi płaszczyły. Kupiłam colę i przysiadlam się do nich. Nie wykazałam się przy tym ani nadmierną uprzejmością ani rozsądkiem (nawet gdybym nie czuła aury tych dwojga, zachowanie prawie-shinigami wręcz krzyczało o potrzebie ostrożności), ale nie byłam w nastroju do dbania o etykietę. Moje znajome miały miny, jakby chciały zemdleć. Rodzina naprawdę potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale nie było przecież sensu im tego tłumaczyć. Mam tylko nadzieję, że ten zielono-biały potwór był bardziej rozbawiony niż obrażony…

Po wyjściu dwójki nieznajomych rozegrała się dziwaczna scenka z osobnikiem naćpanym jakimś egzotycznym świństwem i radośnie przeżywającym projekcję astralną, czy jak to astrologowie nazywają. Doskonała ilustracja powiedzenie „wyszedł z siebie i stanął obok”. Mogło mi się tylko wydawać, ale Yui-chan przy okazji udzielania pierwszej pomocy wyczyściła mu chyba kieszenie… Zaradna osóbka.

Pamiętając, że mam zadanie do wykonania, rozstałam się w shinigami (swoją drogą, co one tam robiły? Z arrancarem, tak na oko?) z postanowieniem kontykuowania poszukiwań i unikania kuzyna. Trzeba mieć jakieś prywatne cele w życiu. Świat uparł się jednak zwieść mnie ze ścieżki cnoty. Reiatsu, które wybuchło w poblizu, nie pachniało demonologiem. Ale i tak postanowiłam to sprawdzić. Po fakcie na pewno znajdę dla tego jakieś usprawiedliwienie. Dla porządku zadzwoniłam do kuzyna, żeby się nie żył w niepewności (jestem przewidywalna, w pewnych granicach, ale czasem włącza mi się samokontrola i nie trzeba mnie ratować). Wpakowałam się na warlocka, który niezupełnie panował nad swoją mocą. Poziom kapitana shinigami, mniej więcej, a kontrola stażysty… W najlepszym wypadku. Miałam nadzieję, że tym razem też ktoś będzie mnie ratował, bo nie wyglądało to optymistycznie. Skakanie po dachach i pionowy slalom w wąskich uliczkach to ciekawa rozrywka, ale wykończenie go raczej przekraczało moje możliwości…

W charakterze kawalerii przybyły shinigami. Ktoś rozsądny postawił też barierę, co ostatecznie pozbawiło mnie zahamowań. Ze względu na prośbę powyżej wspomnionych pominę szczegóły starcia (nigdy nie wiadomo, kto niepowołany może to przeczytać). Efekty były następujące:
1) warlock został zabity przez budynek, który się na niego zawalił (powiedzmy)
2) powstał nowy hollow klasa menos 2 i przeszedł do HM
3) Yui-chan została poważnie ranna (jej zanpaktou zostało złamane) i szybko przetransportowano ją do Seiretei
4) Mnie też się oberwało, ale na szczęście umiarkowanie. W ramach szeroko pojętej współpracy zostałam nawet uleczona.
5) Po zdjęciu bariery pojawiło się bardzo wiele osób, których nikt nie zapraszał. Między innymi Uuryu-nii.

- Witaj, kuzynko…
Kurosaki Ichigo (taką czuprynę ma tylko jedna osoba w tym mieście) spojrzał na mnie przelotnie i spytał Uuryu-nii:
- Twoja rodzina?
Uwielbiam ten typ. Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam Uuryu, ruchem podbródka wskazując w ogólnym kierunku shinigami daiko:
- Twoi znajomi?
Mina Kurosaki-san była tego warta. A potem, wyobraźcie sobie, zaczęli się umawiać na piwo! Mało nie parsknęłam śmiechem. A ponieważ tego dnia nie byłam w litościwym nastroju, podziękowałam grzecznie kuzynowi za troskę i okazaną pomoc, obiecując nie wspominać Ryuuken-oji-san o tym brataniu się z shinigami.

W końcu wszyscy sobie poszli. Postanowiłam spędzić tą noc na dachu. Po pierwsze, miałam nadzieję, że uda mi się wyczuć reiatsu, na które powinnam polować cały dzień i na którego ślad jeszcze nie trafiłam. Po drugie… Nie chciało mi się stamtąd ruszać. Czasami bywam naprawdę uparta.

No comments: