Obudziłam się czując, że leżę i coś ugniata mi wargi. Ktoś mnie całował! Nie wiedziałam, gdzie jestem i co się dzieje, ale nie przycodził mi na myśl nikt, kogo chciałabym widzieć na miejscu tej osoby… Więc wyprowadziłam na oślep (jeszcze nie otworzyłam chyba oczu, ale w tej pozycji trudno nie trafić) cios pięścią. W ramach reedukacji. Nawet szczególnie się nie zdziwiłam, słysząc pełen wyrzutu głos A. Pochlebia mi, że wzięła mnie za królewnę, ale jak wpadła na to, że jest księciem? Czy nie mógłby się dla odmiany trafić vizard bez zaburzeń osobowości? Choć to pewnie byłoby sprzeczne z ich naturą…
Usiadłam i otworzyłam ostatecznie oczy, pomimo graniczącego z pewnością podejrzenia, że widok mi się nie spodoba. Na szczęście wszystkie kończyny miałam na właściwym miejscu i o dziwo w całkiem dobrym stanie. Żebym jeszcze wiedziała, jakim cudem nic mi się nie stało… Nie zamierzałam jednak narzekać. Pierwsze spostrzerzenia: jesteśmy na pustyni (sądząc po piasku), jest noc (ciemno) i coś się nie zgadza (nie ma chmur, a gwiazd nie widać). I czułam się niezwykle świeżo, co mogło mieć związek z ogromną ilościa reishi w otoczeniu. Risa-san najwyraźniej poszła na rekonesans. W chwilę po tym, jak zdecydowałam się na przyjęcie pozycji erectus, spod nóg uciekł mi niewielki wąż. Z dziurą w środku. No i wszystko jasne… Czemu sensei nigdy nie przerobił ze mną tematu „Survival w Hueco Mundo i podstawowe sposoby na powrót do rzeczywistego świata”? Straszne niedopatrzenie… Podobnie jak to, że aparat zostawiłam na dachu tamtego budynku. Ktoś go pewnie odniesie do redakcji, ale jakie zdjęcią mogłabym zrobić! Choć po chwilowym zastanowieniu stwierdziłam, że na razie nie było czego fotografować.
Ponieważ siedzenie w jednym miejscu nie wydawało się ani trochę logiczniejszym rozwiązaniem od marszu w dowolnym kierunku, zdecydowałam się na marsz. Przynajmniej jest to jakieś zajęcie, a ruch to zdrowie… Kierunek – zagęszczona kolumna ciemności na horyzoncie. Przynajmniej nie będziemy się kręcić w kółko. Jednak marsz na dłuższą metę tez okazał się nudny. Towarzystwo też nie poprawiało mi nastroju. Moją sugestię o poproszenie o pomoc w powrocie arrancarów potraktowały poważnie (czyli uznały mnie za wariatkę), dowodząc całkowitego braku poczucia humoru. Jedyną dobrą wiadomością było, że vaizardzi najprawdopodobniej mogli nas wyciągnąć z tego ponurego miejsca. Pytanie brzmiało, czy zdążą, zanim skonam z nudów… Risa-san wysłała „prośbę o pomoc”, przy okazji wyczerpując swoje rezerwy i tracąc przytomność. Na szczęście miałam przy sobie jakiś zapomniany batonik. Inaczej musiałybyśmy ją nieść…
Siadłyśmy sobie na piasku, rozmowa się nie kleiła i nagle koło mnie z piasku wynurzyło się coś wyglądającego jak peryskop. Natychmiast zasłoniłam wizjer palcem. Jeszcze będą mnie tu podglądać… Chwilę później piasek stracił swoją spoistość i zapadłyśmy się gwałtownie… by wylądować w rodzaju korytarza, przed sporą grupą hollowów. Potwory (takie określenie się przyjęło, prawda) wyglądały na niepewne, co należy zrobić w zaistaniałej sytuacji. Postanowiłam im pomóc. Wstałam, otrzepałam się z piasku i rozejrzałam się dookoła. To naprawdę wyglądało na korytarz, choć z jakiegoś powodu nie sądziłam, że znajduje się on w budynku… Krótka wymiana uprzejmości (szczególnie między vaizardami i coraz bardziej speszonymi gospodarzami) i już wiedziałam, że znajdujemy się w odpowiedniku okrętu podwodnego, powstałego z truchła wieloryba podpiaskowego. Genialne! Dziurę oczywiście musieli zatkać. Napędu dostarczają jakieś hollowy niższego rzędu, machając płetwiastymi ogonami, jeśli dobrze zrozumiałam. „Korytarz” okazał się przełykiem! Mimo protestów koleżanek („Nie można im ufać. Mają maski” – w wykonaniu A. skłoniło mnie do rozważenia, czy przypadkiem moja opinia o ich braku poczucia humoru nie była przedwczesna) byłam zdeterminowana zwiedzić ten niezwykły pojazd.
Jako przewodnik zaoferował się insektopodobny (choć humanoidalny) hollow. Poprowadził mnie w kierunku gardzieli (kierunek odwrotny byłby mało polityczny), jednocześnie racząc mnie historyjkami ze swojego życia po życiu. Po kilku uwagach zaczęłam słuchać uważniej, wyglądało na to, że mamy wspólnych znajomych. Na wygłoszone obojętnym tonem oświadczenie, że walczył z arrancarem, musiałam już zareagować. Ten drugorzędny hollow walczył z arrancarem (swoją drogą – po co?) i wciąż istnieje? Mało prawdopodobne… Choć fakt istnienia mógł zawdzięczać „nieznacznej” pomocy pewnego człowieka, którego opis wydał mi się podejrzanie znajomy. Gdy wytężyłam pamięć, rzeczywiście przypomniałam sobie, że Uryuu-nii parę lat wcześniej odwiedził te piaszczyste strony i według wszelkiego prawdopodobieństwa walczył z przynajmniej jednym arrancarem. Z pewnością ucieszy się, gdy przekażę mu pozdrowienia od jego zbawcy.
Po jakimś czasie dzielna załoga postanowiła zapolować na powierzchni. Hura! Mogłam obejrzeć wieloryba z zewnątrz! Aparatu brak, ale chyba miałam przy sobie szkicownik… Martwy potwór okazał się imponujący. Za to pieczony hollow… trochę jak szczególnie paskudny francuski ser pleśniowy. Ale w końcu turysta powinien spróbować miejscowej kuchni, inaczej wakacje sa niekompletne. Wyjaśniła się (częściowo) sprawa kolumny ciemności. Według „naszych” hollowów to manifestacja szczególnie wkurzonego Vasto Lorda. Ostatniego w swoim gatunku, po tym jak pozostali przyłączyli się do Aizena. Przy okazji kilka domysłów:
- byli VL nie są tak silni, jak kiedyś (czyli stając się arrancarami stracili, nie zyskali siłę)
- ostatni prawdopodobnie jest zamieszany w cały ten bałaga w naszym świecie, choć trudno na razie mówić o motywach
Nie chciało nam się już wracać do wieloryba (nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakują rekiny i raczej nie pomoże nam to w powrocie). Odłączyłyśmy się więc od wesołej gromadki, choć zdążyłam się już troche do nich przywiązać). Jakby na zamówienie, niedługo potem w niebie otworzyła się dziura. Garra-coś-tam! Wypadł z niej jasnowłosy arrancar. Oto nasza szansa! Jeśli tylko ustabilizuję bramę… Do czegoś się te moje zdolności Quinci przydały. Przez chwilę rozważałam wykończenie arrancara, w tej chwili nie mógłby się bronić, a zawsze to jeden mniej na przyszłość… Ale vaizardki mnie poganiały. Jednak widok tego nieszczęśnika wyraźnie mi się z czymś kojarzył. Wyraźnie trafiło go wysokie napięcie, poza innymi ciosami. Wyglądało to znajomo, ale zanim doszłam do konstruktywnych wniosków, przeciągnięto mnie przez bramę.
Wylądowałyśmy w piwnicy. Miałam dość ciemności, więc jak najszybciej się z niej ewakuowałam. Okazało się, że byłyśmy w akademiku… Było wczesne popołudnie. Prawie dwa tygodnie później. Zaciekawiło mnie, czy już uznano mnie za zmarłą… Do kogo zadzwonić najpierw? Ostatecznie zdecydowałam się na naczelnego i to był dobry wybór:
- policja dostarczyła mój sprzęt do redakcji w stanie nienaruszonym
- podejrzewali, że mnie już nie zobaczą, bo automat zarejestrował wybuch, w którym zniknęłam
- w krótkim czasie wybuchło jeszcze kilka innych miejsc
Zapowiedziałam się w redakcji i zadzwoniłam do Klary-san. Ona powinna wiedzieć, co wybuchało przez te dwa tygodnie. Komórka nie odpowiadała, a w mieszkaniu odezwał się ktoś inny. Jakby znajomy, ale nie byłam pewna i dopiero po chwili wyjasniło się, że to Tomokazu Aya. Po krótkiej rozmowie uzałam, że wyniki badań laboratoryjnych ze szpitala nie będą już potrzebne, skoro zatruty pigment został zidentyfikowany i w dużej części wyeliminowany. Swoją drogą, masowe morderstwo na taka skalę to już problem dla agencji rządowej, a nie skromnej łowczyni demonów (upraszczając definicje). Przyjęłam zaproszenie na obiad (Klara-san wynajęła im mieszkanie, czy co?) i w końcu wybrałam numer Uuryu-nii. Dla przyzwoitości i, jak się okazało, niepotrzebnie. Chyba zepsułam mu dzień swoim zmartwychwstaniem.
Ruszyłam w stronę komunikacji i po chwili się zatrzymałam, zdziwiona że obie vizardki idą razem ze mną. Też telefonowały i uznałam, że dołączą do swoich. Fakt, Katsuragi też jest „ich”… Uświadomiłam je, że Klary-san nie ma w domu, ale nie od razu uwierzyły. Wcale się nie dziwię ich podejrzliwości, w końcu shinigami rządzący się w domu nieobecnego vizarda… Ale w końcu się odczepiły.
W mieszkaniu Klary-san okazało się, że sytuacja jest jeszcze dziwniejsza, niż sądziłam. Obiad na szczęście okazał się rzeczywisty. Ostatnio jadam bardzo nieregularnie, a Yui-chan gotuje całkiem nieźle. W każdym razie udało mi się zapomnieć smak pieczonego hollowa. Tomokazu-san i Yui-san wyglądały na wstrząśnięte i obrażone na Arisugawa-san. On z kolei bawił się grami video z jakąś małą dziewczynką, której nie dorastał w tej dziedzinie do pięt. Wymieniliśmy trochę wieści i udało mi się co-nieco wydedukować. Wyglądało na to, że ominęła mnie wizyta czterech kapitanów, poprzedzona spotkaniem z prawą ręką Aizena, Isomaru Ginem. Arisugawa-san podpadł, bo zostawił podwładne same z tym kłopotem, jak to facet. Znowu pech… Nigdy nie ma mnie w okolicy, gdy dzieje się coś ciekawego. Z jakiegoś powodu obie shinigami zbladły na wzmiankę, że chciałabym być przy tym spotkaniu.
Odpoczynek nie był mi pisany. Wybuch reiatsu w pobliżu postawił nas wszystkich na baczność. Jakiś warlock i arrancar, przynajmniej tak mi się wydawało. Wszyscy popędzili w tym kierunku, ja za nimi, sama właściwie nie wiedząc dlaczego. Mało prawdopodobne, żeby trójka silnych shinigami (+ dziewczynka z talentem do barier) potrzebowali mojej pomocy… Arrancar poza standardowym zestawem paskudnych sztuczek miał ze sobą coś w rodzaju pistoletu lub krótkiej strzelby na reiatsu. Miałam wrażenie że bożkowie śmierci nie byli tym nadmiernie zaskoczeni, co oznaczało, że wcześniej coś takiego już widzieli. Po szybkiej ocenie sytuacji (kiepskiej) przysiadłam sobie pod osłoną koło nieprzytomnego i wypompowanego z reiatsu warlocka (efekt trafienia z pistoletu) uznając, że lepiej nie rzucać się w oczy. Za to widok miałam piękny… Tylko aparatu mi brakowało. Strasznie. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam robić szkice w notesie. Te dynamiczne pozy! Rozwiane szaty! Twarze pełne ekspresji! Obudził się we mnie artysta, częściowo zagłuszając zdrowy rozsądek. Yui-chan stanowiła wdzięczny obiekt, a nieznajoma shinigami z rozwianą grzywą czarnych włosów, która pojawiła się nie wiadomo skąd, sprawiła, że całkiem przestałam się przejmować dogasającą walką.
No tak, walka. Arrancar w końcu się ewakuował, pozostawiając niezwykłą broń, która znalazła się w centrum zainteresowania natychmiast po zidentyfikowaniu nadliczbowej shinigami. Shinigami daiko, żeby być precyzyjnym, o znajomo brzmiącym nazwisku Kurosaki Karin. Krótki telefon do Seiretei i przez otwartą bramę przeszedł nieletni kapitan X Dywizjonu (on też zasługuje na portret w dramatycznej pozie). Tomokazu-san skoczyła w jego kierunku wyciągając miecz i w tym samym momencie poczułam emisję reishi. Choć to widziałam, nie wiem, jakim cudem sparowała cios. Wybuch bramy chyba tylko częściowo był spowodowany rykoszetem. Wkrótce stało się jasne, że problem jest dużo głębszy niż uszkodzenie bramy, całkowicie została zerwana komunikacja ze Społecznością Dusz.
Z braku innych opcji centrum kryzysowe zostało założone w mieszkaniu nieobecnej Klary-san. Yui-san zaczęła przygotowywać kolejny posiłek, nie zwracając większej uwagi na sugestie, że nie można jeść ciągle obiadów. Może tym razem podwieczorek? Zanim jednak dyskusja weszła w konstruktywna fazę, zjawili się kolejni goście. Sakura-sama, Urahara-san i Yoruichi-san rozumiem. Kurosaki-san pewnie martwił się o siostrę. Ale kto zapraszał Ishidę? Przynajmniej przyniósł mój aparat (pytanie, co robił w redakcji…)
Ponieważ zanosiło się na dłuższe posiedzenie, a mieszkanie Klary-san jakoś nie chciało dostosować wymiarów do okoliczności, Sakura-sama zlitowała się nad nami i zaproponowała przenosiny do swojej rezydencji. Fajnie mieszka… Ponieważ omawiano głównie sprawy Społeczności Dusz, nie wtrącałam się. Z zamyślenia wyrwała mnie dopiero kometa… Obecni zidentyfikowali ją jako kapitana XI Dywizjonu, wyraźnie znanego z braku orientacji przestrzennej (a podobno to kobiety mają z tym problem). Wraz z Yui-chan i Tomokazu-san wybrałam się na spacer, by go skierować we właściwą stronę. Rzeczywistość okazała się jednak nieprzyjemna. Na dnie krateru leżał potężny shinigami cały pokryty krwią i tak zmaltretowany, że za cud należało uznać, że jeszcze żył. Wyglądało na to, że kilkakrotnie trafiono go z pistoletu wysysającego reiatsu, który wcześniej widziałam. Mimo to wciąż emitował niesamowicie silną aurę! W trybie pilnym przetransportowaliśmy go do domu i zabraliśmy się za łatanie. Uzdrowiciel ze mnie żaden, ale udało mi się przynajmniej uspokoić jego szaleńcze reiatsu. Nie chciałabym się jednak tym zajmować, gdyby był w pełni sił…
Zaraki-san przebił się przez barierę, która otoczyła Społeczność Dusz, by wezwać shinigami do powrotu. Jeśli dobrze zrozumiałam, w Seiretei ujawnił się zdrajca, były kapitan XII Dywizjonu. Podejrzewam, że ataki na Hitsugaya-taichou i Zaraki-taichou nie były jedynymi. Przebicie bariery ładunkiem o duże mocy (np. dużą strzałą z łuku Quinci) mogłoby na chwilę otworzyć przejście, ale nie było to pewne rozwiązanie i nie dawało możliwości powrotu…
Myślenie przerwał nam atak Gillianów. Uznałam, że takie doborowe towarzystwo nie potrzebuje nadmiernie mojej pomocy, za to brak materiałów z tej walki byłby plamą na moim reporterskim sumieniu. Wreszcie miałam swój aparat! Zajęłam się się fotografowaniem tej malowniczej gromadki w bojowych pozach. Niektórzy nie potrafili się wczuć i chowali się przed obiektywem, ale takie drobne trudności to chleb powszedni. Uuryu-nii ofuknął mnie, że zachowuję się nieodpowiedzialnie (i kto to mówi) i dał mi łuk (jak zwykle sądzi, że nie noszę ze sobą swojego sprzętu…). Czego właściwie oczekiwał? Powinien wiedzieć z własnego doświadczenia, że standardowe strzały Quinci nie są w stanie poważnie zaszkodzić Menosom. Nagle zalała mnie powódź reiatsu. Zaraki-san stał za mną, przesyłając mi swoją siłę (nie był w stanie pozwalającym na bezpośredni udział w walce). Z taką strzałą już mogłam coś zrobić!
cdmn
Wednesday, April 4, 2007
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment