W czasie, gdy ja próbowałam dojść do łady z fryzurą i wyjaśnić Klarze-san, że nie po to wymknęłam się ukradkiem, żeby ją zgubić, znajome shinigami przeprowadzały własne śledztwo. Pluskiewka, którą zostawiłam Tomokazu-san, działała bez zarzutu i udało mi się dowiedzieć w ten sposób kilku ciekawych rzeczy. Spotkały dziwną dziewczynę chcącą pomścić siostrę, która zmarła w paskudny sposób po zażyciu pigmentu. Możliwości mszczenia się miała całkiem rozległe, sądząc z sposobu, w jaki potraktowała dealera… Była gotowa kontynuować, nawet po trupach shinigami, na szczęście przerwała jej wezwana pośpiesznie karetka. Bez dłuższego namysłu postanowiłam porozmawiać z przypieczoną i podziurawioną ofiarą. Pacjenci są zwykle zadowoleni, gdy się ich odwiedza w szpitalu, prawda?
Dyżurna pielęgniarka nie była pomocna. Na szczęście zdobycie fartucha w szpitalu to żaden problem. Gorzej, że Uuryu-nii przyłapał mnie zanim dotarłam do właściwego pokoju. Dlaczego musieli tego nieszczęśnika przywieźć akurat do tego szpitala, w którym mój kuzyn odbywa praktyki?
Uuryu-nii nie był pewien, co ze mną zrobić. Miałam ochotę się z nim podroczyć, ale szybko dałam spokój. W końcu zawstydzenie go nic by mi nie dało i raczej by nie pozwoliło zdobyć potrzebnych informacji. Wytknęłam mu tylko, że poważne dyskusje lepiej prowadzić w nieco mniej publicznym miejscu niż korytarz. Szybko zaciągnął mnie do pustego pokoju (całkiem sprawnie, muszę przyznać) i mogliśmy spokojnie porozmawiać.
Okazało się, że Uuryu-nii może być całkiem przydatny – miał sporo informacji o samym narkotyku i stanie pacjenta. Stwierdził oczywiście, że opisane przeze mnie objawy (zatrutej narkomanki) są niemożliwe, ale chyba udało mi się go zainteresować, bo sam zaproponował, że przekaże mi wyniki badań próbek przekazanych przez policję do lokalnego laboratorium. Oczywiście nie za darmo. Przez chwilę miałam na końcu języka, że mogę mu oddać moją kolekcję szklanych kulek (już wyrosłam z tego hobby), ale to mogłoby nie odnieść właściwego efektu, ograniczyłam się więc do obietnicy bezwarunkowej wymiany informacji. Ponieważ wolę się zabezpieczyć, wyraźnie zaznaczyłam, że tylko przez najbliższe dwa tygodnie.
W międzyczasie do pokoju zajrzała jakaś pielęgniarka, jak sądzę w poszukiwaniu mojego kuzyna, ale wycofała się bardzo szybko, widząc że ma towarzystwo. Już dawno nie widziałam takiego pięknego rumieńca! Podejrzewam, że nawet nie wpadł na to, że poprawiłam mu reputację. Tak go to zbiło z tropu, że nie dał mi wyjść inaczej niż przez okno. Nie, żeby to był dla mnie problem, ale przecież to jeszcze bardziej skomplikuje tą sprawę w oczach personelu… Zresztą, to już jego problem.
Postanowiłam zrobić sobie przerwę, odsłuchać nagrania i przespać kilka godzin. W skrzynce znalazłam jedną z moich pluskiew i wizytówkę – przynajmniej dowiedziałam się, kim jest nieznajomy, na którego ciągle wpadałam. Ze spania wyszło jednak niewiele, szczególnie że obiecałam spotkać się z Tomokazu-san i resztą. Głównym odbiorcą pigmentu okazały się liczne w tych czasach sekty, więc siadłam do komputera i zajęłam się gromadzeniem informacji. Poczytałam o nadchodzącej apokalipsie, objawieniach i podróżach duchowych, wydrukowałam co ciekawsze kawałki i wynotowałam adresy. Przed umówionym spotkaniem pokręciłam się w pobliżu siedziby jednej z ciekawszych grup. Musieli właśnie skończyć jakieś spotkanie – przy okazji dostałam miejscową gazetkę, niewiele się różniącą od tych wydawanych przez kółka parafialne.
Spotkanie zaowocowało stworzeniem dziwacznego sojuszu - dla odmiany postanowiliśmy skoordynować działania. Ja zajęłam stanowisko na dachu sąsiedniego budynku, ustawiając aparat na statywie i próbując złapać coś na mikrofon kierunkowy. Niestety, z marnym szczęściem. Zaczęłam się już nudzić, gdy do starego kościoła, sąsiadującego z siedzibą tej podejrzanej grupy, zaczęli się schodzić ludzie. Vizardki wmieszały się w tłum, a ja po momencie wahania dołączyłam do nich, zostawiając sprzęt na dachu. Po pierwsze, w kościele wyglądałabym podejrzanie. Po drugie, nie wiadomo, co to za ceremonia i czy nie skończy się ogólną bijatyką (sądząc po średniej z ostatniego miesiąca, kolejna powinna się zdarzyć najpóźniej do końca tygodnia)…
Początkowo nie działo się nic specjalnego. Msza, zwykła czy czarna, nie ma w sobie nic ciekawego, o ile nie jest się akurat wierzącym członkiem wspólnoty. Jedynym niepokojącym mnie elementem był puchar z podejrzanym napojem. Większość czasu spędziłam na obmyślaniu sposobów nie wypicia zawartości bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy przyszedł wzniosły moment (to pewnie odpowiednik komunii w chrześcijaństwie), jakoś mi się udało nie wywołać sensacji. Wtedy zaczęło się robić interesująco. Sporo efektów specjalnych (abstrakcyjnie zatęskniłam za moim aparatem), trochę bełkotu o ludzie wybranym i końcu świata… i zupełnie realny hollow. Silny hollow. Bomba.
Po punkcie kulminacyjnym nastąpiły ogłoszenia parafialne i ludzie zaczęli się rozchodzić. Vizardki ruszyły w stronę proroka, ja za nimi. Odegrałam scenkę pod tytułem „Ten świat zdąża ku przepaści, otwarły mi się oczy, pozwól mi podążać za sobą” i chyba wyszło całkiem dobrze. Niestety, w „zakrystii” sprawy przyjęły mniej korzystny obrót. Prorok posiadał jakieś siły, poza tym miał poważne wsparcie z Hueco Mundo i zorientował się, że nie jesteśmy przypadkowymi nawróconymi. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami, nadeszła pora na ogólną bijatykę. A potem otwarła się czarna dziura, która nas wessała i zapadła ciemność.
Wednesday, April 4, 2007
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment