Oczywiście przysnęłam i oczywiście nie poczułam przez całą noc nic interesującego. Kiełkujące dzień wcześniej podejrzenie zamieniło się niemal w pewność. Ożywieńców-demonologów nie było w okolicy. Co znaczyło, że trzeba okolicę zmienić. I wtedy mnie olśniło (a przynajmniej w tamtym momencie tak mi się wydawało). Siedzenie w jednym miejscu nie miało sensu, dużo lepiej się przemieszczać. Krążenie po Tokio w metrze pozwoliłoby mi zlustrować spory obszar w krótkim czasie, no i może trafiłby się jakis bardziej przyziemny temat dla reportera. Chociaż to ostatnie było mało prawdopodobne.
Już koło trzeciej stacji zorientowałam się, że popełniłam fundamentalny błąd. Nie zjadłam śniadania. Właściwie, jak się głębiej zastanowiłam, nie jadłam nic od śniadania dzień wcześniej, na dworcu. W międzyczasie dużo się wydarzyło, a ilość energii, jaką spaliłam w czasie walki, zrekonpensowałby tylko obiad z kilku dań… Nic dziwnego, że miałam zawroty głowy. I wciąż byłam zmęczona…
Obudziłam się ponownie, gdy ktoś koło mnie usiadł. Nic nadzwyczajnego w metrze, ale to była znajoma aura, więc wybiło mnie to z drzemki. Tomokazu-san! I właśnie brała się za onigiri. W brzuchu zdradziecko mi zabulgotało, ale nie zamierzałam się narzucać komuś, kto udaje, że mnie nie zna. Przecież wystarczy wysiąść na następnej stacji… ależ te onigiri pachną… Znowu przysnęłam. Ocknęłam się, gdy pociąg szarpnął zatrzymując się na stacji. Shinigami popędziła do wyjścia, ale przedtem włożyła mi do ręki jedno onigiri. Jakie to miłe z jej strony! Kiedy dostrzegłam ją wśród ludzi, ukłoniłam się. Onigiri uleglo oczywiście natychmiastowej anihilacji.
Jeśli dobrze pamiętam (byłam skupiona głównie na poszukiwaniu jedzenia), po drodze wpadłam na bardzo oryginalnego osobnika. Z braku czasu wcisnęłam mu po prostu swoją wizytówkę i popędziłam do pierwszej knajpki z brzegu. Tam wreszcie mogłam coś zjeść. Zajęło mi to sporo czasu, ale wreszcie poczułam się jak człowiek. Wyszłam ze stacji metra i rozejrzałam się po okolicy. Nic ciekawego… Poza wyraźnie wyczuwalną aurą demonologa na pobliskim cmentarzu. W świetle dnia spacery między nagrobkami tracą wiele ze swojego uroku, jednak zaradziłam temu starając się przemieszczać w sposób utrudniający wykrycie (czyli skokami od grobu do grobu). Zamiast ożywieńca znalazłam jednak Sakurę-sama, porgążoną w rozmowie z Tomokazu-san. Przez chwilę się wahałam, ale w końcu dołączyłam do nich. Sakura-sama (podobno w porozumieniu z dziadkiem) zmieniła moje rozkazy na śledzenie nowego narkotyku. To przynajmniej temat dla reportera. Miałam dziwne wrażenie, że Tomokazu-san coś wie na ten temat, ale zanim miałam okazję ją o to pomęczyć, zadzwonił telefon. Klara-san! Ta rozmowa wprawiła mnie w doskonały humor. Bycie przewodnikiem kompletnie nieobytej vizardki podczas rundki po nocnych klubach to czysta przyjemność. Szczególnie, że można to połączyć z pracą. Miałam też podejrzenia, że to nie nagła chęć nadrobienia zaległości w socjalizacji skłoniła ją do tej niespodziewanej wyprawy. Coraz ciekawiej. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, jestem trzecią „jednostką” idącą śladem tego narkotyku. Częściowo po to, żeby się upewnić, a częściowo dla rozrywki, podrzuciłam Tomokazu-san pluskiewki (zwykłą i zmodyfikowaną na poziom duchowy).
Dzielnica rozrywek studenckich po południu dopiero zaczyna ożywać. Spotkałam się z Klarą-san stosunkowo wcześnie i w okolicy było jeszcze bardzo wielu przypadkowych przechodniów… Między innymi ten sam dziwny człowiek, któremu rano wręczyłam wizytówkę. Znów nie miałam czasu, więc podrzuciłam mu pluskiewkę, mając nadzieję, że czegoś się o nim dowiem.
Zaczęłyśmy bardzo spokojnie, ale Klarze-san najwyraźniej nie o to chodziło, wkrótce zmieniłyśmy więc lokal na porządną, pełnowymiarową i głośną dyskotekę. Poza standardowym zestawem dziwolągów tym razem było tam wiele półprzezroczystych postaci i przynajmniej drugie tyle tych, którzy je widzieli i nie uciekali z krzykiem. Sporo się zmieniło, odkąd bawiłam się tam ostatni raz… Oczywiście dealerzy też byli na posterunku. Kupiłam działkę tego modnego świństwa, podrzucając przy okazji pluskwę zblazowanemu sprzedawcy i szybko wróciłam na parkiet. Klara-san wpakowała się w pyskówkę z duchem, na dodatek pojawiły się wystrojone shinigami. Yui-chan wyglądała nadzwyczaj powabnie w ten kruciutkiej spódniczce. Ciekawe, kto jej wybrał ten strój.
Dyskusję szybko przeniosłyśmy na ulicę. Dowiedziałyśmy się tyle, że półprzezroczyści nazywają się Hyu i przed śmiercią zażywali narkotyk nazywany pigmentem. Zmarli niekoniecznie z powodu przedawkowania, bezpośrednia przyczyna wydaje się mieć niewielkie znaczenie. Rozmowę z tą miłą dziewczyną-duchem przerwało nam kilku półprzezroczystych yakuza, którzy robiąc groźne miny oświadczyli, że shinigami nie powinni się wtrącać w sprawy Hyu, bo to nie ich sprawa. Jeśli moja dedukcja, że Hyu nie da się odesłać do Społeczności Dusz, jest poprawna, to jak najbardziej jest to sprawa shinigami… Quinci zostali zdziesiątkowani dokładnie z tego samego powodu – za zakłócenie równowagi.
Trochę nieuprzejmie wymknęłam się nie informując Klary-san, ale „mój” dealer postanowił zakończyć pracę, a ja nie miałam ochoty go zgubić. Scenka, która rozegrała się wkrótce na ciemnej ulicy, musiała wyglądać zabawnie… Dealer, za którym skrada się młoda dziewczyna (to ja), za którą skrada się dwóch byczków (to Hyu-yakuza), a na to wszystko wpada następna dziewczyna (to Klara-san). Potem był jeszcze kieszonkowy hollow wezwany przez wspomnianych yakuza i znów trzeba było mnie ratować. Tym razem musiałam dziękować vizard(k)om.
Tuesday, April 3, 2007
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment