Obudziłam się czując, że leżę i coś ugniata mi wargi. Ktoś mnie całował! Nie wiedziałam, gdzie jestem i co się dzieje, ale nie przycodził mi na myśl nikt, kogo chciałabym widzieć na miejscu tej osoby… Więc wyprowadziłam na oślep (jeszcze nie otworzyłam chyba oczu, ale w tej pozycji trudno nie trafić) cios pięścią. W ramach reedukacji. Nawet szczególnie się nie zdziwiłam, słysząc pełen wyrzutu głos A. Pochlebia mi, że wzięła mnie za królewnę, ale jak wpadła na to, że jest księciem? Czy nie mógłby się dla odmiany trafić vizard bez zaburzeń osobowości? Choć to pewnie byłoby sprzeczne z ich naturą…
Usiadłam i otworzyłam ostatecznie oczy, pomimo graniczącego z pewnością podejrzenia, że widok mi się nie spodoba. Na szczęście wszystkie kończyny miałam na właściwym miejscu i o dziwo w całkiem dobrym stanie. Żebym jeszcze wiedziała, jakim cudem nic mi się nie stało… Nie zamierzałam jednak narzekać. Pierwsze spostrzerzenia: jesteśmy na pustyni (sądząc po piasku), jest noc (ciemno) i coś się nie zgadza (nie ma chmur, a gwiazd nie widać). I czułam się niezwykle świeżo, co mogło mieć związek z ogromną ilościa reishi w otoczeniu. Risa-san najwyraźniej poszła na rekonesans. W chwilę po tym, jak zdecydowałam się na przyjęcie pozycji erectus, spod nóg uciekł mi niewielki wąż. Z dziurą w środku. No i wszystko jasne… Czemu sensei nigdy nie przerobił ze mną tematu „Survival w Hueco Mundo i podstawowe sposoby na powrót do rzeczywistego świata”? Straszne niedopatrzenie… Podobnie jak to, że aparat zostawiłam na dachu tamtego budynku. Ktoś go pewnie odniesie do redakcji, ale jakie zdjęcią mogłabym zrobić! Choć po chwilowym zastanowieniu stwierdziłam, że na razie nie było czego fotografować.
Ponieważ siedzenie w jednym miejscu nie wydawało się ani trochę logiczniejszym rozwiązaniem od marszu w dowolnym kierunku, zdecydowałam się na marsz. Przynajmniej jest to jakieś zajęcie, a ruch to zdrowie… Kierunek – zagęszczona kolumna ciemności na horyzoncie. Przynajmniej nie będziemy się kręcić w kółko. Jednak marsz na dłuższą metę tez okazał się nudny. Towarzystwo też nie poprawiało mi nastroju. Moją sugestię o poproszenie o pomoc w powrocie arrancarów potraktowały poważnie (czyli uznały mnie za wariatkę), dowodząc całkowitego braku poczucia humoru. Jedyną dobrą wiadomością było, że vaizardzi najprawdopodobniej mogli nas wyciągnąć z tego ponurego miejsca. Pytanie brzmiało, czy zdążą, zanim skonam z nudów… Risa-san wysłała „prośbę o pomoc”, przy okazji wyczerpując swoje rezerwy i tracąc przytomność. Na szczęście miałam przy sobie jakiś zapomniany batonik. Inaczej musiałybyśmy ją nieść…
Siadłyśmy sobie na piasku, rozmowa się nie kleiła i nagle koło mnie z piasku wynurzyło się coś wyglądającego jak peryskop. Natychmiast zasłoniłam wizjer palcem. Jeszcze będą mnie tu podglądać… Chwilę później piasek stracił swoją spoistość i zapadłyśmy się gwałtownie… by wylądować w rodzaju korytarza, przed sporą grupą hollowów. Potwory (takie określenie się przyjęło, prawda) wyglądały na niepewne, co należy zrobić w zaistaniałej sytuacji. Postanowiłam im pomóc. Wstałam, otrzepałam się z piasku i rozejrzałam się dookoła. To naprawdę wyglądało na korytarz, choć z jakiegoś powodu nie sądziłam, że znajduje się on w budynku… Krótka wymiana uprzejmości (szczególnie między vaizardami i coraz bardziej speszonymi gospodarzami) i już wiedziałam, że znajdujemy się w odpowiedniku okrętu podwodnego, powstałego z truchła wieloryba podpiaskowego. Genialne! Dziurę oczywiście musieli zatkać. Napędu dostarczają jakieś hollowy niższego rzędu, machając płetwiastymi ogonami, jeśli dobrze zrozumiałam. „Korytarz” okazał się przełykiem! Mimo protestów koleżanek („Nie można im ufać. Mają maski” – w wykonaniu A. skłoniło mnie do rozważenia, czy przypadkiem moja opinia o ich braku poczucia humoru nie była przedwczesna) byłam zdeterminowana zwiedzić ten niezwykły pojazd.
Jako przewodnik zaoferował się insektopodobny (choć humanoidalny) hollow. Poprowadził mnie w kierunku gardzieli (kierunek odwrotny byłby mało polityczny), jednocześnie racząc mnie historyjkami ze swojego życia po życiu. Po kilku uwagach zaczęłam słuchać uważniej, wyglądało na to, że mamy wspólnych znajomych. Na wygłoszone obojętnym tonem oświadczenie, że walczył z arrancarem, musiałam już zareagować. Ten drugorzędny hollow walczył z arrancarem (swoją drogą – po co?) i wciąż istnieje? Mało prawdopodobne… Choć fakt istnienia mógł zawdzięczać „nieznacznej” pomocy pewnego człowieka, którego opis wydał mi się podejrzanie znajomy. Gdy wytężyłam pamięć, rzeczywiście przypomniałam sobie, że Uryuu-nii parę lat wcześniej odwiedził te piaszczyste strony i według wszelkiego prawdopodobieństwa walczył z przynajmniej jednym arrancarem. Z pewnością ucieszy się, gdy przekażę mu pozdrowienia od jego zbawcy.
Po jakimś czasie dzielna załoga postanowiła zapolować na powierzchni. Hura! Mogłam obejrzeć wieloryba z zewnątrz! Aparatu brak, ale chyba miałam przy sobie szkicownik… Martwy potwór okazał się imponujący. Za to pieczony hollow… trochę jak szczególnie paskudny francuski ser pleśniowy. Ale w końcu turysta powinien spróbować miejscowej kuchni, inaczej wakacje sa niekompletne. Wyjaśniła się (częściowo) sprawa kolumny ciemności. Według „naszych” hollowów to manifestacja szczególnie wkurzonego Vasto Lorda. Ostatniego w swoim gatunku, po tym jak pozostali przyłączyli się do Aizena. Przy okazji kilka domysłów:
- byli VL nie są tak silni, jak kiedyś (czyli stając się arrancarami stracili, nie zyskali siłę)
- ostatni prawdopodobnie jest zamieszany w cały ten bałaga w naszym świecie, choć trudno na razie mówić o motywach
Nie chciało nam się już wracać do wieloryba (nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakują rekiny i raczej nie pomoże nam to w powrocie). Odłączyłyśmy się więc od wesołej gromadki, choć zdążyłam się już troche do nich przywiązać). Jakby na zamówienie, niedługo potem w niebie otworzyła się dziura. Garra-coś-tam! Wypadł z niej jasnowłosy arrancar. Oto nasza szansa! Jeśli tylko ustabilizuję bramę… Do czegoś się te moje zdolności Quinci przydały. Przez chwilę rozważałam wykończenie arrancara, w tej chwili nie mógłby się bronić, a zawsze to jeden mniej na przyszłość… Ale vaizardki mnie poganiały. Jednak widok tego nieszczęśnika wyraźnie mi się z czymś kojarzył. Wyraźnie trafiło go wysokie napięcie, poza innymi ciosami. Wyglądało to znajomo, ale zanim doszłam do konstruktywnych wniosków, przeciągnięto mnie przez bramę.
Wylądowałyśmy w piwnicy. Miałam dość ciemności, więc jak najszybciej się z niej ewakuowałam. Okazało się, że byłyśmy w akademiku… Było wczesne popołudnie. Prawie dwa tygodnie później. Zaciekawiło mnie, czy już uznano mnie za zmarłą… Do kogo zadzwonić najpierw? Ostatecznie zdecydowałam się na naczelnego i to był dobry wybór:
- policja dostarczyła mój sprzęt do redakcji w stanie nienaruszonym
- podejrzewali, że mnie już nie zobaczą, bo automat zarejestrował wybuch, w którym zniknęłam
- w krótkim czasie wybuchło jeszcze kilka innych miejsc
Zapowiedziałam się w redakcji i zadzwoniłam do Klary-san. Ona powinna wiedzieć, co wybuchało przez te dwa tygodnie. Komórka nie odpowiadała, a w mieszkaniu odezwał się ktoś inny. Jakby znajomy, ale nie byłam pewna i dopiero po chwili wyjasniło się, że to Tomokazu Aya. Po krótkiej rozmowie uzałam, że wyniki badań laboratoryjnych ze szpitala nie będą już potrzebne, skoro zatruty pigment został zidentyfikowany i w dużej części wyeliminowany. Swoją drogą, masowe morderstwo na taka skalę to już problem dla agencji rządowej, a nie skromnej łowczyni demonów (upraszczając definicje). Przyjęłam zaproszenie na obiad (Klara-san wynajęła im mieszkanie, czy co?) i w końcu wybrałam numer Uuryu-nii. Dla przyzwoitości i, jak się okazało, niepotrzebnie. Chyba zepsułam mu dzień swoim zmartwychwstaniem.
Ruszyłam w stronę komunikacji i po chwili się zatrzymałam, zdziwiona że obie vizardki idą razem ze mną. Też telefonowały i uznałam, że dołączą do swoich. Fakt, Katsuragi też jest „ich”… Uświadomiłam je, że Klary-san nie ma w domu, ale nie od razu uwierzyły. Wcale się nie dziwię ich podejrzliwości, w końcu shinigami rządzący się w domu nieobecnego vizarda… Ale w końcu się odczepiły.
W mieszkaniu Klary-san okazało się, że sytuacja jest jeszcze dziwniejsza, niż sądziłam. Obiad na szczęście okazał się rzeczywisty. Ostatnio jadam bardzo nieregularnie, a Yui-chan gotuje całkiem nieźle. W każdym razie udało mi się zapomnieć smak pieczonego hollowa. Tomokazu-san i Yui-san wyglądały na wstrząśnięte i obrażone na Arisugawa-san. On z kolei bawił się grami video z jakąś małą dziewczynką, której nie dorastał w tej dziedzinie do pięt. Wymieniliśmy trochę wieści i udało mi się co-nieco wydedukować. Wyglądało na to, że ominęła mnie wizyta czterech kapitanów, poprzedzona spotkaniem z prawą ręką Aizena, Isomaru Ginem. Arisugawa-san podpadł, bo zostawił podwładne same z tym kłopotem, jak to facet. Znowu pech… Nigdy nie ma mnie w okolicy, gdy dzieje się coś ciekawego. Z jakiegoś powodu obie shinigami zbladły na wzmiankę, że chciałabym być przy tym spotkaniu.
Odpoczynek nie był mi pisany. Wybuch reiatsu w pobliżu postawił nas wszystkich na baczność. Jakiś warlock i arrancar, przynajmniej tak mi się wydawało. Wszyscy popędzili w tym kierunku, ja za nimi, sama właściwie nie wiedząc dlaczego. Mało prawdopodobne, żeby trójka silnych shinigami (+ dziewczynka z talentem do barier) potrzebowali mojej pomocy… Arrancar poza standardowym zestawem paskudnych sztuczek miał ze sobą coś w rodzaju pistoletu lub krótkiej strzelby na reiatsu. Miałam wrażenie że bożkowie śmierci nie byli tym nadmiernie zaskoczeni, co oznaczało, że wcześniej coś takiego już widzieli. Po szybkiej ocenie sytuacji (kiepskiej) przysiadłam sobie pod osłoną koło nieprzytomnego i wypompowanego z reiatsu warlocka (efekt trafienia z pistoletu) uznając, że lepiej nie rzucać się w oczy. Za to widok miałam piękny… Tylko aparatu mi brakowało. Strasznie. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam robić szkice w notesie. Te dynamiczne pozy! Rozwiane szaty! Twarze pełne ekspresji! Obudził się we mnie artysta, częściowo zagłuszając zdrowy rozsądek. Yui-chan stanowiła wdzięczny obiekt, a nieznajoma shinigami z rozwianą grzywą czarnych włosów, która pojawiła się nie wiadomo skąd, sprawiła, że całkiem przestałam się przejmować dogasającą walką.
No tak, walka. Arrancar w końcu się ewakuował, pozostawiając niezwykłą broń, która znalazła się w centrum zainteresowania natychmiast po zidentyfikowaniu nadliczbowej shinigami. Shinigami daiko, żeby być precyzyjnym, o znajomo brzmiącym nazwisku Kurosaki Karin. Krótki telefon do Seiretei i przez otwartą bramę przeszedł nieletni kapitan X Dywizjonu (on też zasługuje na portret w dramatycznej pozie). Tomokazu-san skoczyła w jego kierunku wyciągając miecz i w tym samym momencie poczułam emisję reishi. Choć to widziałam, nie wiem, jakim cudem sparowała cios. Wybuch bramy chyba tylko częściowo był spowodowany rykoszetem. Wkrótce stało się jasne, że problem jest dużo głębszy niż uszkodzenie bramy, całkowicie została zerwana komunikacja ze Społecznością Dusz.
Z braku innych opcji centrum kryzysowe zostało założone w mieszkaniu nieobecnej Klary-san. Yui-san zaczęła przygotowywać kolejny posiłek, nie zwracając większej uwagi na sugestie, że nie można jeść ciągle obiadów. Może tym razem podwieczorek? Zanim jednak dyskusja weszła w konstruktywna fazę, zjawili się kolejni goście. Sakura-sama, Urahara-san i Yoruichi-san rozumiem. Kurosaki-san pewnie martwił się o siostrę. Ale kto zapraszał Ishidę? Przynajmniej przyniósł mój aparat (pytanie, co robił w redakcji…)
Ponieważ zanosiło się na dłuższe posiedzenie, a mieszkanie Klary-san jakoś nie chciało dostosować wymiarów do okoliczności, Sakura-sama zlitowała się nad nami i zaproponowała przenosiny do swojej rezydencji. Fajnie mieszka… Ponieważ omawiano głównie sprawy Społeczności Dusz, nie wtrącałam się. Z zamyślenia wyrwała mnie dopiero kometa… Obecni zidentyfikowali ją jako kapitana XI Dywizjonu, wyraźnie znanego z braku orientacji przestrzennej (a podobno to kobiety mają z tym problem). Wraz z Yui-chan i Tomokazu-san wybrałam się na spacer, by go skierować we właściwą stronę. Rzeczywistość okazała się jednak nieprzyjemna. Na dnie krateru leżał potężny shinigami cały pokryty krwią i tak zmaltretowany, że za cud należało uznać, że jeszcze żył. Wyglądało na to, że kilkakrotnie trafiono go z pistoletu wysysającego reiatsu, który wcześniej widziałam. Mimo to wciąż emitował niesamowicie silną aurę! W trybie pilnym przetransportowaliśmy go do domu i zabraliśmy się za łatanie. Uzdrowiciel ze mnie żaden, ale udało mi się przynajmniej uspokoić jego szaleńcze reiatsu. Nie chciałabym się jednak tym zajmować, gdyby był w pełni sił…
Zaraki-san przebił się przez barierę, która otoczyła Społeczność Dusz, by wezwać shinigami do powrotu. Jeśli dobrze zrozumiałam, w Seiretei ujawnił się zdrajca, były kapitan XII Dywizjonu. Podejrzewam, że ataki na Hitsugaya-taichou i Zaraki-taichou nie były jedynymi. Przebicie bariery ładunkiem o duże mocy (np. dużą strzałą z łuku Quinci) mogłoby na chwilę otworzyć przejście, ale nie było to pewne rozwiązanie i nie dawało możliwości powrotu…
Myślenie przerwał nam atak Gillianów. Uznałam, że takie doborowe towarzystwo nie potrzebuje nadmiernie mojej pomocy, za to brak materiałów z tej walki byłby plamą na moim reporterskim sumieniu. Wreszcie miałam swój aparat! Zajęłam się się fotografowaniem tej malowniczej gromadki w bojowych pozach. Niektórzy nie potrafili się wczuć i chowali się przed obiektywem, ale takie drobne trudności to chleb powszedni. Uuryu-nii ofuknął mnie, że zachowuję się nieodpowiedzialnie (i kto to mówi) i dał mi łuk (jak zwykle sądzi, że nie noszę ze sobą swojego sprzętu…). Czego właściwie oczekiwał? Powinien wiedzieć z własnego doświadczenia, że standardowe strzały Quinci nie są w stanie poważnie zaszkodzić Menosom. Nagle zalała mnie powódź reiatsu. Zaraki-san stał za mną, przesyłając mi swoją siłę (nie był w stanie pozwalającym na bezpośredni udział w walce). Z taką strzałą już mogłam coś zrobić!
cdmn
Wednesday, April 4, 2007
Czarna msza
W czasie, gdy ja próbowałam dojść do łady z fryzurą i wyjaśnić Klarze-san, że nie po to wymknęłam się ukradkiem, żeby ją zgubić, znajome shinigami przeprowadzały własne śledztwo. Pluskiewka, którą zostawiłam Tomokazu-san, działała bez zarzutu i udało mi się dowiedzieć w ten sposób kilku ciekawych rzeczy. Spotkały dziwną dziewczynę chcącą pomścić siostrę, która zmarła w paskudny sposób po zażyciu pigmentu. Możliwości mszczenia się miała całkiem rozległe, sądząc z sposobu, w jaki potraktowała dealera… Była gotowa kontynuować, nawet po trupach shinigami, na szczęście przerwała jej wezwana pośpiesznie karetka. Bez dłuższego namysłu postanowiłam porozmawiać z przypieczoną i podziurawioną ofiarą. Pacjenci są zwykle zadowoleni, gdy się ich odwiedza w szpitalu, prawda?
Dyżurna pielęgniarka nie była pomocna. Na szczęście zdobycie fartucha w szpitalu to żaden problem. Gorzej, że Uuryu-nii przyłapał mnie zanim dotarłam do właściwego pokoju. Dlaczego musieli tego nieszczęśnika przywieźć akurat do tego szpitala, w którym mój kuzyn odbywa praktyki?
Uuryu-nii nie był pewien, co ze mną zrobić. Miałam ochotę się z nim podroczyć, ale szybko dałam spokój. W końcu zawstydzenie go nic by mi nie dało i raczej by nie pozwoliło zdobyć potrzebnych informacji. Wytknęłam mu tylko, że poważne dyskusje lepiej prowadzić w nieco mniej publicznym miejscu niż korytarz. Szybko zaciągnął mnie do pustego pokoju (całkiem sprawnie, muszę przyznać) i mogliśmy spokojnie porozmawiać.
Okazało się, że Uuryu-nii może być całkiem przydatny – miał sporo informacji o samym narkotyku i stanie pacjenta. Stwierdził oczywiście, że opisane przeze mnie objawy (zatrutej narkomanki) są niemożliwe, ale chyba udało mi się go zainteresować, bo sam zaproponował, że przekaże mi wyniki badań próbek przekazanych przez policję do lokalnego laboratorium. Oczywiście nie za darmo. Przez chwilę miałam na końcu języka, że mogę mu oddać moją kolekcję szklanych kulek (już wyrosłam z tego hobby), ale to mogłoby nie odnieść właściwego efektu, ograniczyłam się więc do obietnicy bezwarunkowej wymiany informacji. Ponieważ wolę się zabezpieczyć, wyraźnie zaznaczyłam, że tylko przez najbliższe dwa tygodnie.
W międzyczasie do pokoju zajrzała jakaś pielęgniarka, jak sądzę w poszukiwaniu mojego kuzyna, ale wycofała się bardzo szybko, widząc że ma towarzystwo. Już dawno nie widziałam takiego pięknego rumieńca! Podejrzewam, że nawet nie wpadł na to, że poprawiłam mu reputację. Tak go to zbiło z tropu, że nie dał mi wyjść inaczej niż przez okno. Nie, żeby to był dla mnie problem, ale przecież to jeszcze bardziej skomplikuje tą sprawę w oczach personelu… Zresztą, to już jego problem.
Postanowiłam zrobić sobie przerwę, odsłuchać nagrania i przespać kilka godzin. W skrzynce znalazłam jedną z moich pluskiew i wizytówkę – przynajmniej dowiedziałam się, kim jest nieznajomy, na którego ciągle wpadałam. Ze spania wyszło jednak niewiele, szczególnie że obiecałam spotkać się z Tomokazu-san i resztą. Głównym odbiorcą pigmentu okazały się liczne w tych czasach sekty, więc siadłam do komputera i zajęłam się gromadzeniem informacji. Poczytałam o nadchodzącej apokalipsie, objawieniach i podróżach duchowych, wydrukowałam co ciekawsze kawałki i wynotowałam adresy. Przed umówionym spotkaniem pokręciłam się w pobliżu siedziby jednej z ciekawszych grup. Musieli właśnie skończyć jakieś spotkanie – przy okazji dostałam miejscową gazetkę, niewiele się różniącą od tych wydawanych przez kółka parafialne.
Spotkanie zaowocowało stworzeniem dziwacznego sojuszu - dla odmiany postanowiliśmy skoordynować działania. Ja zajęłam stanowisko na dachu sąsiedniego budynku, ustawiając aparat na statywie i próbując złapać coś na mikrofon kierunkowy. Niestety, z marnym szczęściem. Zaczęłam się już nudzić, gdy do starego kościoła, sąsiadującego z siedzibą tej podejrzanej grupy, zaczęli się schodzić ludzie. Vizardki wmieszały się w tłum, a ja po momencie wahania dołączyłam do nich, zostawiając sprzęt na dachu. Po pierwsze, w kościele wyglądałabym podejrzanie. Po drugie, nie wiadomo, co to za ceremonia i czy nie skończy się ogólną bijatyką (sądząc po średniej z ostatniego miesiąca, kolejna powinna się zdarzyć najpóźniej do końca tygodnia)…
Początkowo nie działo się nic specjalnego. Msza, zwykła czy czarna, nie ma w sobie nic ciekawego, o ile nie jest się akurat wierzącym członkiem wspólnoty. Jedynym niepokojącym mnie elementem był puchar z podejrzanym napojem. Większość czasu spędziłam na obmyślaniu sposobów nie wypicia zawartości bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy przyszedł wzniosły moment (to pewnie odpowiednik komunii w chrześcijaństwie), jakoś mi się udało nie wywołać sensacji. Wtedy zaczęło się robić interesująco. Sporo efektów specjalnych (abstrakcyjnie zatęskniłam za moim aparatem), trochę bełkotu o ludzie wybranym i końcu świata… i zupełnie realny hollow. Silny hollow. Bomba.
Po punkcie kulminacyjnym nastąpiły ogłoszenia parafialne i ludzie zaczęli się rozchodzić. Vizardki ruszyły w stronę proroka, ja za nimi. Odegrałam scenkę pod tytułem „Ten świat zdąża ku przepaści, otwarły mi się oczy, pozwól mi podążać za sobą” i chyba wyszło całkiem dobrze. Niestety, w „zakrystii” sprawy przyjęły mniej korzystny obrót. Prorok posiadał jakieś siły, poza tym miał poważne wsparcie z Hueco Mundo i zorientował się, że nie jesteśmy przypadkowymi nawróconymi. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami, nadeszła pora na ogólną bijatykę. A potem otwarła się czarna dziura, która nas wessała i zapadła ciemność.
Dyżurna pielęgniarka nie była pomocna. Na szczęście zdobycie fartucha w szpitalu to żaden problem. Gorzej, że Uuryu-nii przyłapał mnie zanim dotarłam do właściwego pokoju. Dlaczego musieli tego nieszczęśnika przywieźć akurat do tego szpitala, w którym mój kuzyn odbywa praktyki?
Uuryu-nii nie był pewien, co ze mną zrobić. Miałam ochotę się z nim podroczyć, ale szybko dałam spokój. W końcu zawstydzenie go nic by mi nie dało i raczej by nie pozwoliło zdobyć potrzebnych informacji. Wytknęłam mu tylko, że poważne dyskusje lepiej prowadzić w nieco mniej publicznym miejscu niż korytarz. Szybko zaciągnął mnie do pustego pokoju (całkiem sprawnie, muszę przyznać) i mogliśmy spokojnie porozmawiać.
Okazało się, że Uuryu-nii może być całkiem przydatny – miał sporo informacji o samym narkotyku i stanie pacjenta. Stwierdził oczywiście, że opisane przeze mnie objawy (zatrutej narkomanki) są niemożliwe, ale chyba udało mi się go zainteresować, bo sam zaproponował, że przekaże mi wyniki badań próbek przekazanych przez policję do lokalnego laboratorium. Oczywiście nie za darmo. Przez chwilę miałam na końcu języka, że mogę mu oddać moją kolekcję szklanych kulek (już wyrosłam z tego hobby), ale to mogłoby nie odnieść właściwego efektu, ograniczyłam się więc do obietnicy bezwarunkowej wymiany informacji. Ponieważ wolę się zabezpieczyć, wyraźnie zaznaczyłam, że tylko przez najbliższe dwa tygodnie.
W międzyczasie do pokoju zajrzała jakaś pielęgniarka, jak sądzę w poszukiwaniu mojego kuzyna, ale wycofała się bardzo szybko, widząc że ma towarzystwo. Już dawno nie widziałam takiego pięknego rumieńca! Podejrzewam, że nawet nie wpadł na to, że poprawiłam mu reputację. Tak go to zbiło z tropu, że nie dał mi wyjść inaczej niż przez okno. Nie, żeby to był dla mnie problem, ale przecież to jeszcze bardziej skomplikuje tą sprawę w oczach personelu… Zresztą, to już jego problem.
Postanowiłam zrobić sobie przerwę, odsłuchać nagrania i przespać kilka godzin. W skrzynce znalazłam jedną z moich pluskiew i wizytówkę – przynajmniej dowiedziałam się, kim jest nieznajomy, na którego ciągle wpadałam. Ze spania wyszło jednak niewiele, szczególnie że obiecałam spotkać się z Tomokazu-san i resztą. Głównym odbiorcą pigmentu okazały się liczne w tych czasach sekty, więc siadłam do komputera i zajęłam się gromadzeniem informacji. Poczytałam o nadchodzącej apokalipsie, objawieniach i podróżach duchowych, wydrukowałam co ciekawsze kawałki i wynotowałam adresy. Przed umówionym spotkaniem pokręciłam się w pobliżu siedziby jednej z ciekawszych grup. Musieli właśnie skończyć jakieś spotkanie – przy okazji dostałam miejscową gazetkę, niewiele się różniącą od tych wydawanych przez kółka parafialne.
Spotkanie zaowocowało stworzeniem dziwacznego sojuszu - dla odmiany postanowiliśmy skoordynować działania. Ja zajęłam stanowisko na dachu sąsiedniego budynku, ustawiając aparat na statywie i próbując złapać coś na mikrofon kierunkowy. Niestety, z marnym szczęściem. Zaczęłam się już nudzić, gdy do starego kościoła, sąsiadującego z siedzibą tej podejrzanej grupy, zaczęli się schodzić ludzie. Vizardki wmieszały się w tłum, a ja po momencie wahania dołączyłam do nich, zostawiając sprzęt na dachu. Po pierwsze, w kościele wyglądałabym podejrzanie. Po drugie, nie wiadomo, co to za ceremonia i czy nie skończy się ogólną bijatyką (sądząc po średniej z ostatniego miesiąca, kolejna powinna się zdarzyć najpóźniej do końca tygodnia)…
Początkowo nie działo się nic specjalnego. Msza, zwykła czy czarna, nie ma w sobie nic ciekawego, o ile nie jest się akurat wierzącym członkiem wspólnoty. Jedynym niepokojącym mnie elementem był puchar z podejrzanym napojem. Większość czasu spędziłam na obmyślaniu sposobów nie wypicia zawartości bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy przyszedł wzniosły moment (to pewnie odpowiednik komunii w chrześcijaństwie), jakoś mi się udało nie wywołać sensacji. Wtedy zaczęło się robić interesująco. Sporo efektów specjalnych (abstrakcyjnie zatęskniłam za moim aparatem), trochę bełkotu o ludzie wybranym i końcu świata… i zupełnie realny hollow. Silny hollow. Bomba.
Po punkcie kulminacyjnym nastąpiły ogłoszenia parafialne i ludzie zaczęli się rozchodzić. Vizardki ruszyły w stronę proroka, ja za nimi. Odegrałam scenkę pod tytułem „Ten świat zdąża ku przepaści, otwarły mi się oczy, pozwól mi podążać za sobą” i chyba wyszło całkiem dobrze. Niestety, w „zakrystii” sprawy przyjęły mniej korzystny obrót. Prorok posiadał jakieś siły, poza tym miał poważne wsparcie z Hueco Mundo i zorientował się, że nie jesteśmy przypadkowymi nawróconymi. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami, nadeszła pora na ogólną bijatykę. A potem otwarła się czarna dziura, która nas wessała i zapadła ciemność.
Tuesday, April 3, 2007
Clubbing
Oczywiście przysnęłam i oczywiście nie poczułam przez całą noc nic interesującego. Kiełkujące dzień wcześniej podejrzenie zamieniło się niemal w pewność. Ożywieńców-demonologów nie było w okolicy. Co znaczyło, że trzeba okolicę zmienić. I wtedy mnie olśniło (a przynajmniej w tamtym momencie tak mi się wydawało). Siedzenie w jednym miejscu nie miało sensu, dużo lepiej się przemieszczać. Krążenie po Tokio w metrze pozwoliłoby mi zlustrować spory obszar w krótkim czasie, no i może trafiłby się jakis bardziej przyziemny temat dla reportera. Chociaż to ostatnie było mało prawdopodobne.
Już koło trzeciej stacji zorientowałam się, że popełniłam fundamentalny błąd. Nie zjadłam śniadania. Właściwie, jak się głębiej zastanowiłam, nie jadłam nic od śniadania dzień wcześniej, na dworcu. W międzyczasie dużo się wydarzyło, a ilość energii, jaką spaliłam w czasie walki, zrekonpensowałby tylko obiad z kilku dań… Nic dziwnego, że miałam zawroty głowy. I wciąż byłam zmęczona…
Obudziłam się ponownie, gdy ktoś koło mnie usiadł. Nic nadzwyczajnego w metrze, ale to była znajoma aura, więc wybiło mnie to z drzemki. Tomokazu-san! I właśnie brała się za onigiri. W brzuchu zdradziecko mi zabulgotało, ale nie zamierzałam się narzucać komuś, kto udaje, że mnie nie zna. Przecież wystarczy wysiąść na następnej stacji… ależ te onigiri pachną… Znowu przysnęłam. Ocknęłam się, gdy pociąg szarpnął zatrzymując się na stacji. Shinigami popędziła do wyjścia, ale przedtem włożyła mi do ręki jedno onigiri. Jakie to miłe z jej strony! Kiedy dostrzegłam ją wśród ludzi, ukłoniłam się. Onigiri uleglo oczywiście natychmiastowej anihilacji.
Jeśli dobrze pamiętam (byłam skupiona głównie na poszukiwaniu jedzenia), po drodze wpadłam na bardzo oryginalnego osobnika. Z braku czasu wcisnęłam mu po prostu swoją wizytówkę i popędziłam do pierwszej knajpki z brzegu. Tam wreszcie mogłam coś zjeść. Zajęło mi to sporo czasu, ale wreszcie poczułam się jak człowiek. Wyszłam ze stacji metra i rozejrzałam się po okolicy. Nic ciekawego… Poza wyraźnie wyczuwalną aurą demonologa na pobliskim cmentarzu. W świetle dnia spacery między nagrobkami tracą wiele ze swojego uroku, jednak zaradziłam temu starając się przemieszczać w sposób utrudniający wykrycie (czyli skokami od grobu do grobu). Zamiast ożywieńca znalazłam jednak Sakurę-sama, porgążoną w rozmowie z Tomokazu-san. Przez chwilę się wahałam, ale w końcu dołączyłam do nich. Sakura-sama (podobno w porozumieniu z dziadkiem) zmieniła moje rozkazy na śledzenie nowego narkotyku. To przynajmniej temat dla reportera. Miałam dziwne wrażenie, że Tomokazu-san coś wie na ten temat, ale zanim miałam okazję ją o to pomęczyć, zadzwonił telefon. Klara-san! Ta rozmowa wprawiła mnie w doskonały humor. Bycie przewodnikiem kompletnie nieobytej vizardki podczas rundki po nocnych klubach to czysta przyjemność. Szczególnie, że można to połączyć z pracą. Miałam też podejrzenia, że to nie nagła chęć nadrobienia zaległości w socjalizacji skłoniła ją do tej niespodziewanej wyprawy. Coraz ciekawiej. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, jestem trzecią „jednostką” idącą śladem tego narkotyku. Częściowo po to, żeby się upewnić, a częściowo dla rozrywki, podrzuciłam Tomokazu-san pluskiewki (zwykłą i zmodyfikowaną na poziom duchowy).
Dzielnica rozrywek studenckich po południu dopiero zaczyna ożywać. Spotkałam się z Klarą-san stosunkowo wcześnie i w okolicy było jeszcze bardzo wielu przypadkowych przechodniów… Między innymi ten sam dziwny człowiek, któremu rano wręczyłam wizytówkę. Znów nie miałam czasu, więc podrzuciłam mu pluskiewkę, mając nadzieję, że czegoś się o nim dowiem.
Zaczęłyśmy bardzo spokojnie, ale Klarze-san najwyraźniej nie o to chodziło, wkrótce zmieniłyśmy więc lokal na porządną, pełnowymiarową i głośną dyskotekę. Poza standardowym zestawem dziwolągów tym razem było tam wiele półprzezroczystych postaci i przynajmniej drugie tyle tych, którzy je widzieli i nie uciekali z krzykiem. Sporo się zmieniło, odkąd bawiłam się tam ostatni raz… Oczywiście dealerzy też byli na posterunku. Kupiłam działkę tego modnego świństwa, podrzucając przy okazji pluskwę zblazowanemu sprzedawcy i szybko wróciłam na parkiet. Klara-san wpakowała się w pyskówkę z duchem, na dodatek pojawiły się wystrojone shinigami. Yui-chan wyglądała nadzwyczaj powabnie w ten kruciutkiej spódniczce. Ciekawe, kto jej wybrał ten strój.
Dyskusję szybko przeniosłyśmy na ulicę. Dowiedziałyśmy się tyle, że półprzezroczyści nazywają się Hyu i przed śmiercią zażywali narkotyk nazywany pigmentem. Zmarli niekoniecznie z powodu przedawkowania, bezpośrednia przyczyna wydaje się mieć niewielkie znaczenie. Rozmowę z tą miłą dziewczyną-duchem przerwało nam kilku półprzezroczystych yakuza, którzy robiąc groźne miny oświadczyli, że shinigami nie powinni się wtrącać w sprawy Hyu, bo to nie ich sprawa. Jeśli moja dedukcja, że Hyu nie da się odesłać do Społeczności Dusz, jest poprawna, to jak najbardziej jest to sprawa shinigami… Quinci zostali zdziesiątkowani dokładnie z tego samego powodu – za zakłócenie równowagi.
Trochę nieuprzejmie wymknęłam się nie informując Klary-san, ale „mój” dealer postanowił zakończyć pracę, a ja nie miałam ochoty go zgubić. Scenka, która rozegrała się wkrótce na ciemnej ulicy, musiała wyglądać zabawnie… Dealer, za którym skrada się młoda dziewczyna (to ja), za którą skrada się dwóch byczków (to Hyu-yakuza), a na to wszystko wpada następna dziewczyna (to Klara-san). Potem był jeszcze kieszonkowy hollow wezwany przez wspomnianych yakuza i znów trzeba było mnie ratować. Tym razem musiałam dziękować vizard(k)om.
Już koło trzeciej stacji zorientowałam się, że popełniłam fundamentalny błąd. Nie zjadłam śniadania. Właściwie, jak się głębiej zastanowiłam, nie jadłam nic od śniadania dzień wcześniej, na dworcu. W międzyczasie dużo się wydarzyło, a ilość energii, jaką spaliłam w czasie walki, zrekonpensowałby tylko obiad z kilku dań… Nic dziwnego, że miałam zawroty głowy. I wciąż byłam zmęczona…
Obudziłam się ponownie, gdy ktoś koło mnie usiadł. Nic nadzwyczajnego w metrze, ale to była znajoma aura, więc wybiło mnie to z drzemki. Tomokazu-san! I właśnie brała się za onigiri. W brzuchu zdradziecko mi zabulgotało, ale nie zamierzałam się narzucać komuś, kto udaje, że mnie nie zna. Przecież wystarczy wysiąść na następnej stacji… ależ te onigiri pachną… Znowu przysnęłam. Ocknęłam się, gdy pociąg szarpnął zatrzymując się na stacji. Shinigami popędziła do wyjścia, ale przedtem włożyła mi do ręki jedno onigiri. Jakie to miłe z jej strony! Kiedy dostrzegłam ją wśród ludzi, ukłoniłam się. Onigiri uleglo oczywiście natychmiastowej anihilacji.
Jeśli dobrze pamiętam (byłam skupiona głównie na poszukiwaniu jedzenia), po drodze wpadłam na bardzo oryginalnego osobnika. Z braku czasu wcisnęłam mu po prostu swoją wizytówkę i popędziłam do pierwszej knajpki z brzegu. Tam wreszcie mogłam coś zjeść. Zajęło mi to sporo czasu, ale wreszcie poczułam się jak człowiek. Wyszłam ze stacji metra i rozejrzałam się po okolicy. Nic ciekawego… Poza wyraźnie wyczuwalną aurą demonologa na pobliskim cmentarzu. W świetle dnia spacery między nagrobkami tracą wiele ze swojego uroku, jednak zaradziłam temu starając się przemieszczać w sposób utrudniający wykrycie (czyli skokami od grobu do grobu). Zamiast ożywieńca znalazłam jednak Sakurę-sama, porgążoną w rozmowie z Tomokazu-san. Przez chwilę się wahałam, ale w końcu dołączyłam do nich. Sakura-sama (podobno w porozumieniu z dziadkiem) zmieniła moje rozkazy na śledzenie nowego narkotyku. To przynajmniej temat dla reportera. Miałam dziwne wrażenie, że Tomokazu-san coś wie na ten temat, ale zanim miałam okazję ją o to pomęczyć, zadzwonił telefon. Klara-san! Ta rozmowa wprawiła mnie w doskonały humor. Bycie przewodnikiem kompletnie nieobytej vizardki podczas rundki po nocnych klubach to czysta przyjemność. Szczególnie, że można to połączyć z pracą. Miałam też podejrzenia, że to nie nagła chęć nadrobienia zaległości w socjalizacji skłoniła ją do tej niespodziewanej wyprawy. Coraz ciekawiej. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, jestem trzecią „jednostką” idącą śladem tego narkotyku. Częściowo po to, żeby się upewnić, a częściowo dla rozrywki, podrzuciłam Tomokazu-san pluskiewki (zwykłą i zmodyfikowaną na poziom duchowy).
Dzielnica rozrywek studenckich po południu dopiero zaczyna ożywać. Spotkałam się z Klarą-san stosunkowo wcześnie i w okolicy było jeszcze bardzo wielu przypadkowych przechodniów… Między innymi ten sam dziwny człowiek, któremu rano wręczyłam wizytówkę. Znów nie miałam czasu, więc podrzuciłam mu pluskiewkę, mając nadzieję, że czegoś się o nim dowiem.
Zaczęłyśmy bardzo spokojnie, ale Klarze-san najwyraźniej nie o to chodziło, wkrótce zmieniłyśmy więc lokal na porządną, pełnowymiarową i głośną dyskotekę. Poza standardowym zestawem dziwolągów tym razem było tam wiele półprzezroczystych postaci i przynajmniej drugie tyle tych, którzy je widzieli i nie uciekali z krzykiem. Sporo się zmieniło, odkąd bawiłam się tam ostatni raz… Oczywiście dealerzy też byli na posterunku. Kupiłam działkę tego modnego świństwa, podrzucając przy okazji pluskwę zblazowanemu sprzedawcy i szybko wróciłam na parkiet. Klara-san wpakowała się w pyskówkę z duchem, na dodatek pojawiły się wystrojone shinigami. Yui-chan wyglądała nadzwyczaj powabnie w ten kruciutkiej spódniczce. Ciekawe, kto jej wybrał ten strój.
Dyskusję szybko przeniosłyśmy na ulicę. Dowiedziałyśmy się tyle, że półprzezroczyści nazywają się Hyu i przed śmiercią zażywali narkotyk nazywany pigmentem. Zmarli niekoniecznie z powodu przedawkowania, bezpośrednia przyczyna wydaje się mieć niewielkie znaczenie. Rozmowę z tą miłą dziewczyną-duchem przerwało nam kilku półprzezroczystych yakuza, którzy robiąc groźne miny oświadczyli, że shinigami nie powinni się wtrącać w sprawy Hyu, bo to nie ich sprawa. Jeśli moja dedukcja, że Hyu nie da się odesłać do Społeczności Dusz, jest poprawna, to jak najbardziej jest to sprawa shinigami… Quinci zostali zdziesiątkowani dokładnie z tego samego powodu – za zakłócenie równowagi.
Trochę nieuprzejmie wymknęłam się nie informując Klary-san, ale „mój” dealer postanowił zakończyć pracę, a ja nie miałam ochoty go zgubić. Scenka, która rozegrała się wkrótce na ciemnej ulicy, musiała wyglądać zabawnie… Dealer, za którym skrada się młoda dziewczyna (to ja), za którą skrada się dwóch byczków (to Hyu-yakuza), a na to wszystko wpada następna dziewczyna (to Klara-san). Potem był jeszcze kieszonkowy hollow wezwany przez wspomnianych yakuza i znów trzeba było mnie ratować. Tym razem musiałam dziękować vizard(k)om.
Monday, April 2, 2007
Podejrzane znajomości dziadka i ogólna irytacja
Nie znoszę szpitali. Fakt, że klinika Ishidy nie jest najgorsza, ale dlaczego musimy się spotykać właśnie tam, a nie w jakimś przyjemniejszym miejscu, jak na przykład restauracji? Moi nowi znajomi z innego świata poznikali, więc teoretycznie mogłabym spokojnie uporządkować materiały – gdyby nie nagłe wezwanie na tą rodzinną naradę. Całe szczęście, że udało mi się skończyć pierwszą wersję artykułu w pociągu i wysłać ją z dworca do redakcji.
Na powitanie dziadek pomarudził, że się spóźniłam - jeśli tak im zależało na mojej obecności, mogli wziąć pod uwagę czas potrzebny na podróż. Usiadłam więc grzecznie w kącie i jak zwykle na tego rodzaju spotkaniach udawałam, że mnie nie ma. Obecni pomagali mi z całych sił. Jak się jest jedyną kobietą i najmłodszą obecną osobą w towarzystwie, takie sprawy przychodzą naturalnie.
Zdaje się, że nie wyjaśniłam jeszcze sprawy mojego szkolenia. Przy ogólnym stosunku Quinci do kobiet w ich szeregach można by się spodziewać, że cała moja nauka sprowadzi się do tego, jak stłumić talent, by nie zrobić komuś krzywdy. Na szczęście ich szowinizm nie tłumi resztek rozsądku. Prawdopodobnie szczęśliwą dla mnie okolicznością było też to, że brat mojej matki nie był żonaty i nie posiadał potomstwa. Ponieważ nie istnieje akademia Quinci, nauczanie jest bardzo rozproszone i istnieje praktycznie tyle linii przekazu, co linii rodu. Teoretycznie Ryuuken-oji-san zna wszystkie techniki, w praktyce z pewnością istnieją sztuczki przekazywane tylko z mistrza na ucznia, bez informowania reszty klanu. Brak dzieci, które najczęściej są jedynymi uczniami, oznacza że część wiedzy przepadnie. Seikun-sensei był więc mile zaskoczony utalentowaną siostrzenicą (i bardzo niemile zaskoczony, że mój młodszy brat jest całkowicie pozbawiony talentu). Moje szkolenie zostało gwałtownie przerwane, gdy miałam szesnaście lat. Moja matka i wuj zginęli w banalnym wypadku samochodowym. Pół roku później przeniosłam się z Kioto, gdzie mieszkałam z rodzicami, do Tokio, przede wszystkim po to, żeby formalnie zakończyć szkolenie pod okiem seniora rodu. Na szczęście dla nas obojga nie zabrało to wiele czasu i mogłam się usamodzielnić. Od tego czasu odwiedzam ojca i brata nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Wiem, że matka uprzedziła przed ślubem ojca, że ich dzieci mogą „mieć pewne moce”, ale nie wiem, czy uwierzył… Więc ja nigdy o tym nie wspominam. Miło czasem być po prostu córką i siostrą, nawet jeśli w tym celu czasem trzeba nieco nagiąć prawdę. Nie wiem jednak, czy uda mi się to wszystko ukryć przed Hikaru, gdy za pół roku przyjedzie do Tokio do collegu…
Wracając do rodzinnej narady, zapowiedziany przez dziadka gość honorowy był dla mnie sporym szokiem. Do pokoju weszła białowłosa Sakura-sama i przez chwilę byłam pewna, że moje rozrywkowe wakacje są już w szczegółach znane wszystkim obecnym. Potem myślenie dogoniło odruchy i odetchnęłam z ulgą. Gdyby wiedzieli, powitanie byłoby inne. Ukłoniłam się grzecznie, wybąkałam jakieś powitanie (mając nadzieję, że nikt poza nią nie usłyszy) i zniknęłam za zasłonką. Zawsze to jakaś iluzja niewidzialności. W imię jakiś starych interesów i podejrzanych przysług Sakura-sama (za pośrednictwem dziadka) rozesłała nas po okolicy w poszukiwaniu trójki zaginionych demonologów. Mogło być gorzej… Ona wyszła, a wujek Ryuuken wyciągnął mnie zza zasłonki i kazał szukać ożywieńców w parze w Uuryu-nii. To właśnie było „gorzej”.
Uuryu rozbawił mnie na wstępie podejrzeniem, że nie będę w stanie rozpoznać aury demonologów, ale nie widziałam powodu, żeby wprowadzać go w szczegóły mojej znajomości z nimi. Dał mi krzyżyk (po co? Mój bardzo dobrze działa…) i pojechaliśmy razem w stronę uniwersytetu. Równie dobre miejsce, jak każde inne, szczególnie kiedy przy okazji załatwia się prywatne sprawy (to nie o mnie). Jechaliśmy spokojnie (uparcie udawałam, że drzemię), gdy całkiem niedaleko ktoś uaktywnił bankai. Albo coś bardzo podobnego. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że cokolwiek się działo, już się skończyło. Niektóre ślady wyglądały dziwnie znajomo, ale mogło mi się wydawać. Rozstałam się z Uuryu-nii i poszłam na spacer. Czyli do najbliższej knajpki.
Zauważyłam ich zaraz po wejściu do baru. Tomokazu-san i Yui-chan siedziały przy stoliku z młodą kobietą i osobnikiem o bardzo dziwnej aurze i w widoczny sposób się przed nimi płaszczyły. Kupiłam colę i przysiadlam się do nich. Nie wykazałam się przy tym ani nadmierną uprzejmością ani rozsądkiem (nawet gdybym nie czuła aury tych dwojga, zachowanie prawie-shinigami wręcz krzyczało o potrzebie ostrożności), ale nie byłam w nastroju do dbania o etykietę. Moje znajome miały miny, jakby chciały zemdleć. Rodzina naprawdę potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale nie było przecież sensu im tego tłumaczyć. Mam tylko nadzieję, że ten zielono-biały potwór był bardziej rozbawiony niż obrażony…
Po wyjściu dwójki nieznajomych rozegrała się dziwaczna scenka z osobnikiem naćpanym jakimś egzotycznym świństwem i radośnie przeżywającym projekcję astralną, czy jak to astrologowie nazywają. Doskonała ilustracja powiedzenie „wyszedł z siebie i stanął obok”. Mogło mi się tylko wydawać, ale Yui-chan przy okazji udzielania pierwszej pomocy wyczyściła mu chyba kieszenie… Zaradna osóbka.
Pamiętając, że mam zadanie do wykonania, rozstałam się w shinigami (swoją drogą, co one tam robiły? Z arrancarem, tak na oko?) z postanowieniem kontykuowania poszukiwań i unikania kuzyna. Trzeba mieć jakieś prywatne cele w życiu. Świat uparł się jednak zwieść mnie ze ścieżki cnoty. Reiatsu, które wybuchło w poblizu, nie pachniało demonologiem. Ale i tak postanowiłam to sprawdzić. Po fakcie na pewno znajdę dla tego jakieś usprawiedliwienie. Dla porządku zadzwoniłam do kuzyna, żeby się nie żył w niepewności (jestem przewidywalna, w pewnych granicach, ale czasem włącza mi się samokontrola i nie trzeba mnie ratować). Wpakowałam się na warlocka, który niezupełnie panował nad swoją mocą. Poziom kapitana shinigami, mniej więcej, a kontrola stażysty… W najlepszym wypadku. Miałam nadzieję, że tym razem też ktoś będzie mnie ratował, bo nie wyglądało to optymistycznie. Skakanie po dachach i pionowy slalom w wąskich uliczkach to ciekawa rozrywka, ale wykończenie go raczej przekraczało moje możliwości…
W charakterze kawalerii przybyły shinigami. Ktoś rozsądny postawił też barierę, co ostatecznie pozbawiło mnie zahamowań. Ze względu na prośbę powyżej wspomnionych pominę szczegóły starcia (nigdy nie wiadomo, kto niepowołany może to przeczytać). Efekty były następujące:
1) warlock został zabity przez budynek, który się na niego zawalił (powiedzmy)
2) powstał nowy hollow klasa menos 2 i przeszedł do HM
3) Yui-chan została poważnie ranna (jej zanpaktou zostało złamane) i szybko przetransportowano ją do Seiretei
4) Mnie też się oberwało, ale na szczęście umiarkowanie. W ramach szeroko pojętej współpracy zostałam nawet uleczona.
5) Po zdjęciu bariery pojawiło się bardzo wiele osób, których nikt nie zapraszał. Między innymi Uuryu-nii.
- Witaj, kuzynko…
Kurosaki Ichigo (taką czuprynę ma tylko jedna osoba w tym mieście) spojrzał na mnie przelotnie i spytał Uuryu-nii:
- Twoja rodzina?
Uwielbiam ten typ. Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam Uuryu, ruchem podbródka wskazując w ogólnym kierunku shinigami daiko:
- Twoi znajomi?
Mina Kurosaki-san była tego warta. A potem, wyobraźcie sobie, zaczęli się umawiać na piwo! Mało nie parsknęłam śmiechem. A ponieważ tego dnia nie byłam w litościwym nastroju, podziękowałam grzecznie kuzynowi za troskę i okazaną pomoc, obiecując nie wspominać Ryuuken-oji-san o tym brataniu się z shinigami.
W końcu wszyscy sobie poszli. Postanowiłam spędzić tą noc na dachu. Po pierwsze, miałam nadzieję, że uda mi się wyczuć reiatsu, na które powinnam polować cały dzień i na którego ślad jeszcze nie trafiłam. Po drugie… Nie chciało mi się stamtąd ruszać. Czasami bywam naprawdę uparta.
Na powitanie dziadek pomarudził, że się spóźniłam - jeśli tak im zależało na mojej obecności, mogli wziąć pod uwagę czas potrzebny na podróż. Usiadłam więc grzecznie w kącie i jak zwykle na tego rodzaju spotkaniach udawałam, że mnie nie ma. Obecni pomagali mi z całych sił. Jak się jest jedyną kobietą i najmłodszą obecną osobą w towarzystwie, takie sprawy przychodzą naturalnie.
Zdaje się, że nie wyjaśniłam jeszcze sprawy mojego szkolenia. Przy ogólnym stosunku Quinci do kobiet w ich szeregach można by się spodziewać, że cała moja nauka sprowadzi się do tego, jak stłumić talent, by nie zrobić komuś krzywdy. Na szczęście ich szowinizm nie tłumi resztek rozsądku. Prawdopodobnie szczęśliwą dla mnie okolicznością było też to, że brat mojej matki nie był żonaty i nie posiadał potomstwa. Ponieważ nie istnieje akademia Quinci, nauczanie jest bardzo rozproszone i istnieje praktycznie tyle linii przekazu, co linii rodu. Teoretycznie Ryuuken-oji-san zna wszystkie techniki, w praktyce z pewnością istnieją sztuczki przekazywane tylko z mistrza na ucznia, bez informowania reszty klanu. Brak dzieci, które najczęściej są jedynymi uczniami, oznacza że część wiedzy przepadnie. Seikun-sensei był więc mile zaskoczony utalentowaną siostrzenicą (i bardzo niemile zaskoczony, że mój młodszy brat jest całkowicie pozbawiony talentu). Moje szkolenie zostało gwałtownie przerwane, gdy miałam szesnaście lat. Moja matka i wuj zginęli w banalnym wypadku samochodowym. Pół roku później przeniosłam się z Kioto, gdzie mieszkałam z rodzicami, do Tokio, przede wszystkim po to, żeby formalnie zakończyć szkolenie pod okiem seniora rodu. Na szczęście dla nas obojga nie zabrało to wiele czasu i mogłam się usamodzielnić. Od tego czasu odwiedzam ojca i brata nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Wiem, że matka uprzedziła przed ślubem ojca, że ich dzieci mogą „mieć pewne moce”, ale nie wiem, czy uwierzył… Więc ja nigdy o tym nie wspominam. Miło czasem być po prostu córką i siostrą, nawet jeśli w tym celu czasem trzeba nieco nagiąć prawdę. Nie wiem jednak, czy uda mi się to wszystko ukryć przed Hikaru, gdy za pół roku przyjedzie do Tokio do collegu…
Wracając do rodzinnej narady, zapowiedziany przez dziadka gość honorowy był dla mnie sporym szokiem. Do pokoju weszła białowłosa Sakura-sama i przez chwilę byłam pewna, że moje rozrywkowe wakacje są już w szczegółach znane wszystkim obecnym. Potem myślenie dogoniło odruchy i odetchnęłam z ulgą. Gdyby wiedzieli, powitanie byłoby inne. Ukłoniłam się grzecznie, wybąkałam jakieś powitanie (mając nadzieję, że nikt poza nią nie usłyszy) i zniknęłam za zasłonką. Zawsze to jakaś iluzja niewidzialności. W imię jakiś starych interesów i podejrzanych przysług Sakura-sama (za pośrednictwem dziadka) rozesłała nas po okolicy w poszukiwaniu trójki zaginionych demonologów. Mogło być gorzej… Ona wyszła, a wujek Ryuuken wyciągnął mnie zza zasłonki i kazał szukać ożywieńców w parze w Uuryu-nii. To właśnie było „gorzej”.
Uuryu rozbawił mnie na wstępie podejrzeniem, że nie będę w stanie rozpoznać aury demonologów, ale nie widziałam powodu, żeby wprowadzać go w szczegóły mojej znajomości z nimi. Dał mi krzyżyk (po co? Mój bardzo dobrze działa…) i pojechaliśmy razem w stronę uniwersytetu. Równie dobre miejsce, jak każde inne, szczególnie kiedy przy okazji załatwia się prywatne sprawy (to nie o mnie). Jechaliśmy spokojnie (uparcie udawałam, że drzemię), gdy całkiem niedaleko ktoś uaktywnił bankai. Albo coś bardzo podobnego. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że cokolwiek się działo, już się skończyło. Niektóre ślady wyglądały dziwnie znajomo, ale mogło mi się wydawać. Rozstałam się z Uuryu-nii i poszłam na spacer. Czyli do najbliższej knajpki.
Zauważyłam ich zaraz po wejściu do baru. Tomokazu-san i Yui-chan siedziały przy stoliku z młodą kobietą i osobnikiem o bardzo dziwnej aurze i w widoczny sposób się przed nimi płaszczyły. Kupiłam colę i przysiadlam się do nich. Nie wykazałam się przy tym ani nadmierną uprzejmością ani rozsądkiem (nawet gdybym nie czuła aury tych dwojga, zachowanie prawie-shinigami wręcz krzyczało o potrzebie ostrożności), ale nie byłam w nastroju do dbania o etykietę. Moje znajome miały miny, jakby chciały zemdleć. Rodzina naprawdę potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale nie było przecież sensu im tego tłumaczyć. Mam tylko nadzieję, że ten zielono-biały potwór był bardziej rozbawiony niż obrażony…
Po wyjściu dwójki nieznajomych rozegrała się dziwaczna scenka z osobnikiem naćpanym jakimś egzotycznym świństwem i radośnie przeżywającym projekcję astralną, czy jak to astrologowie nazywają. Doskonała ilustracja powiedzenie „wyszedł z siebie i stanął obok”. Mogło mi się tylko wydawać, ale Yui-chan przy okazji udzielania pierwszej pomocy wyczyściła mu chyba kieszenie… Zaradna osóbka.
Pamiętając, że mam zadanie do wykonania, rozstałam się w shinigami (swoją drogą, co one tam robiły? Z arrancarem, tak na oko?) z postanowieniem kontykuowania poszukiwań i unikania kuzyna. Trzeba mieć jakieś prywatne cele w życiu. Świat uparł się jednak zwieść mnie ze ścieżki cnoty. Reiatsu, które wybuchło w poblizu, nie pachniało demonologiem. Ale i tak postanowiłam to sprawdzić. Po fakcie na pewno znajdę dla tego jakieś usprawiedliwienie. Dla porządku zadzwoniłam do kuzyna, żeby się nie żył w niepewności (jestem przewidywalna, w pewnych granicach, ale czasem włącza mi się samokontrola i nie trzeba mnie ratować). Wpakowałam się na warlocka, który niezupełnie panował nad swoją mocą. Poziom kapitana shinigami, mniej więcej, a kontrola stażysty… W najlepszym wypadku. Miałam nadzieję, że tym razem też ktoś będzie mnie ratował, bo nie wyglądało to optymistycznie. Skakanie po dachach i pionowy slalom w wąskich uliczkach to ciekawa rozrywka, ale wykończenie go raczej przekraczało moje możliwości…
W charakterze kawalerii przybyły shinigami. Ktoś rozsądny postawił też barierę, co ostatecznie pozbawiło mnie zahamowań. Ze względu na prośbę powyżej wspomnionych pominę szczegóły starcia (nigdy nie wiadomo, kto niepowołany może to przeczytać). Efekty były następujące:
1) warlock został zabity przez budynek, który się na niego zawalił (powiedzmy)
2) powstał nowy hollow klasa menos 2 i przeszedł do HM
3) Yui-chan została poważnie ranna (jej zanpaktou zostało złamane) i szybko przetransportowano ją do Seiretei
4) Mnie też się oberwało, ale na szczęście umiarkowanie. W ramach szeroko pojętej współpracy zostałam nawet uleczona.
5) Po zdjęciu bariery pojawiło się bardzo wiele osób, których nikt nie zapraszał. Między innymi Uuryu-nii.
- Witaj, kuzynko…
Kurosaki Ichigo (taką czuprynę ma tylko jedna osoba w tym mieście) spojrzał na mnie przelotnie i spytał Uuryu-nii:
- Twoja rodzina?
Uwielbiam ten typ. Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam Uuryu, ruchem podbródka wskazując w ogólnym kierunku shinigami daiko:
- Twoi znajomi?
Mina Kurosaki-san była tego warta. A potem, wyobraźcie sobie, zaczęli się umawiać na piwo! Mało nie parsknęłam śmiechem. A ponieważ tego dnia nie byłam w litościwym nastroju, podziękowałam grzecznie kuzynowi za troskę i okazaną pomoc, obiecując nie wspominać Ryuuken-oji-san o tym brataniu się z shinigami.
W końcu wszyscy sobie poszli. Postanowiłam spędzić tą noc na dachu. Po pierwsze, miałam nadzieję, że uda mi się wyczuć reiatsu, na które powinnam polować cały dzień i na którego ślad jeszcze nie trafiłam. Po drugie… Nie chciało mi się stamtąd ruszać. Czasami bywam naprawdę uparta.
Subscribe to:
Posts (Atom)