Tuesday, March 27, 2007

Z dzienniczka pewnej Quinci…

Nigdy nie pisałam pamiętnika – to dla pensjonarek. Ostatnio postanowiłam jednak przemyśleć sprawę. Podobno prowadzenie dziennika pozwala spojrzeć na wydarzenia z dystansu i zachować równowagę. Jestem dostatecznie zdesperowana, żeby próbować dużo mniej prawdopodobnych rozwiązań. Będę jednak musiała potrenować, pisanie o sobie nigdy mi nie wychodziło, nawet w podstawówce. Przyczyną mogło być unikanie tematu.

Na początku wypada napisać kilka słów wprowadzenia… Mam lat dziewiętnaście i trochę, jestem na pierwszym roku dziennikarstwa i pracuję na pół etatu (albo na półtora, jak wypadnie) w redakcji „Wieści nie z tej ziemi”. Tytuł jest tragiczny, ale trzon zespołu tworzą ludzie naprawdę widzący świat odrobinę inaczej… Więc nie wyróżniam się nadmiernie. Szczęśliwie naczelny nie wnika w szczegóły. Choć brak pytań po ostatnim materiale nieco mnie zaniepokoił. To nie jest normalna reakcja na taką bombę. Ale o tym później. Gdyby nie moja drobna rodzinna przypadłość, mogłabym zostać fotografem National Geografic. Po kilku latach praktyki oczywiście. A tak, moje zdjęcia, choć naprawdę niezwykłe, w większości idą do szuflady. Nawet w redakcji podejrzewają mnie czasem o fotomontaż albo wynajmowanie aktorów.

Skoro zaczęłam o rodzinie, lepiej wyjaśnię kilka rzeczy. Nie jestem zupełnie normalna, ale też trudno o to w takiej menażerii. Senior – otaku motoryzacji ze znajomymi w podejrzanych kręgach, wujaszek – medyczny buisnessmen i Ostatni z Rodu, nieprzystosowany kuzynek pretendujący do tytułu Ostatniego, dalszy kuzyn z wyraźnymi zaburzeniami poczucia rzeczywistości w odniesieniu do swojego powodzenia u płci przeciwnej i cała galeria krzyżówek i wariacji na powyższe tematy. Całe szczęście, że odziedziczyłam talenty w linii żeńskiej, czyli z przeskokiem… Tylko nie zrozumcie mnie źle, nieznani wścibscy czytelnicy tego osobistego pamiętnika, nie nazywam szczęściem faktu ich odziedziczenia. Cieszę się jedynie z tego, że mój ojciec i brat są tak normalni, jak to tylko możliwe w tych warunkach.

Doszłam więc do dziedziczenia. Nie jest przypadkiem, że w powyżej wymienionej galerii portretów nie znalazła się żadna ciotka o niezdrowym pociągu do importowanych słodyczy. Z moich badań genealogicznych wynika (przypominam, wyszukiwanie informacji to mój zawód), że jestem rzadkim wybrykiem natury. Pierwszą utalentowaną kobietą na przestrzeni tego wieku i czwartą z kolei w znanej historii rodu. Wszyscy starają się oczywiście o tym nie mówić i nie zwracać na to uwagi, ale im bardziej próbują, tym bardziej im to nie wychodzi. Wolę już podejście mojego Niemal-Ostatniego kuzyna, który przynajmniej otwarcie wątpi w moją umiejętność samodzielnego zawiązania sznurówek. W każdym razie przeważnie wolę.

Ostatnio okazało się, ku głębokiemu zniesmaczeniu większości rodu, że jedna z moich młodszych kuzynek (z dysfunkcyjnej, w zupełnie normalnym znaczeniu tego określenia, części rodziny) również posiada pewne talenty i trzeba ją wyszkolić. Obawiam, że jeśli ja nie zajmę się wyprowadzeniem biednej Ami Kiryu na prostą, będzie stracona dla społeczeństwa w większości wymiarów rzeczywistości. Na męską część rodziny trudno w tym temacie liczyć. Jakbym miała mało własnych problemów.

Sądzę, że tytułem wstępu to wystarczy. Czas przejść do meritum, czyli dlaczego potrzebuję tej formy terapii.

1 comment:

Chakravant said...

Co do twojej krewniaczki, którą trzeba wyszkolić, to dowiedz się, co ostatnio odwaliła (Hitsu ją raczej znienawidzi na długo... za to Aya raczej będzie jej wdzięczna)