Chciałam odpocząć od Tokio. Może zrobić kilka ciekawych zdjęć bez duchów w kadrze. Albo namówić do pozowania ducha w kimonie z XVII w. Pojechałam więc do zapadłej w górach mieściny, w której mieszka moja koleżanka z liceum… I wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot.
W mieście znikali ludzie. Zniknęła też moja przyjaciółka, Oshi, poczułam się więc zobowiązana do poszukiwań. Przez jakiś czas nie mogłam trafić na żaden ślad, potem coś eksplodowało w okolicy starej świątyni, którą pamiętałam z wcześniejszych wizyt. Oczywiście natychmiast tam pobiegłam i oczywiście coś próbowało mnie zmiarzdzyć, zjeść lub w inny sposób odesłać do Społeczności Dusz, ale na szczęście zostałam uratowana. Moja wybawczyni przedstawiła się jako Sakura Aya, miała białe włosy i bardzo podejrzaną aurę. Poprosiła o pomoc w znalezieniu renegata ze swojego rodu i poradziła odnalezienie kilku osób zajmujących się już tą sprawą. Podreptałam więc posłusznie do hotelu… Po drodze robiąc kilka bardzo ciekawych ujęć shinigami na długiej tyczne wylatujących przez dach jakiegoś budynku. Aparat z teleobiektywem zdolny do rejestrowania reiatsu to moje ulubione narzędzie pracy, szkoda tylko że naczelny rzadko uznaje te zdjęcia za nadające się do publikacji. Właśnie, to jest pomysł. Mogę zacząć wydawać własną gazetę, dla ograniczonego kręgu wtajemniczonych odbiorców… Choć po tej stronie rzeczywistości trudno by się było z tego utrzymać. W każdym razie, po śmierci fach mam w ręku.
Wracając do shinigami… Okazało się, że mieszkamy w tym samym miejscu, co było o tyle mało zaskakujące, że to jedyny hotel w mieście. W środku nocy udały się w stronę zarośniętych lasem gór, więc podreptałam za nimi. W pełnym ekwipunku (nie zapomniałam nawet o przyziemnym kordzie, na wszelki wypadek) i w czarnym stroju. Powstrzymałam się jednak przed mazaniem twarzy sadzą (z braku czarnej szminki). Aura tej trójki była dość dziwna. Jedna na pewno nie była shinigami, pachniała raczej hollowem… Ale też niezupełnie. Jakby vizard. Musiały się zorientować, że ktoś je śledzi, bo wybrały drogę powietrzną. Nadmiernie mi to nie przyszkadzało, choć korzystanie hirenkyaku w ciemnym lesie nie należy do moich ulubionych sportów. Wkrótce zwierzyna się przyczaiła, więc usiadłam na w miarę stabilnej gałęzi i nastawiłam mikrofon kierunkowy. Szczęście mi dopisało i mogłam posłuchać (i nagrać) sporą część tej narady. Nie dało mi to jednak wiele, poza informacją, że jeśli spróbuję się zbliżyć, najpierw będą strzelać, a potem zadawać pytania. Biorąc pod uwagę, kim były, to nawet rozsądne. Wciąż dostałyby odpowiedzi…
W każdym razie, wykonały jeszcze jeden skok i na mgnienie oka zdematerializowały się, by po chwili pojawić się wewnątrz góry. Niezła sztuczka, której nie byłam w stanie powtórzyć. Obejrzałam sobie górę w poszukiwaniu ewentualnych szczelin, ale nie robiłam sobie wielkich nadziei. W końcu założyłam tymczasową bazę operacyjną mniej więcej nad punktem, w którym wyczuwałam moją „zwierzynę” i czekałam na rozwój sytuacji. Za pomocą bardzo podejrzanego „urządzenia”, które Sakura-sama mi zaimplanowała, powiadomiłam ją o sytuacji. Ku mojemu zdziwieniu szybko się pojawiła i dała mi możliwość przeniesienia się na dół (czyli w środek czegoś, co zaczynało wyglądać na bitwę), za cenę utraty tego środka komunikacji. Ponieważ i tak mi się nie podobał, a reporter powinien być tam, gdzie coś się dzieje… Wylądowałam w jaskini, w której aż się iskrzyło od reiatsu. Faktycznie bitwa. Skracając historię, pomogłam trochę shinigami, uwolniliśmy razem zakładników, w tym Oshi-chan i wraszcie się sobie przedstawiliśmy. Moje nowe znajome to:
Tomokazu Aya: shinigami
Yui-san: tak jakby shinigami
Katsuragi Klara: chyba vizard
Był tam też jaki oficer shinigami (Arisugawa Ryuu?), podobno dowodził, ale nie rzucało się to w oczy...
W obsadzie tej sztuki występowali jeszcze oczywiście Sakura Aya (omyoji) i Koga-san (baunto). Wsyscy wiedzą, że baunto przestali istnieć ok. 10 lat temu, ale o quinci też niektórzy tak mówią…
Całą radosną gromadą wracaliśmy pociągiem do Tokio. Zaczęłam pisać pierwszą wersję artykułu – tajemnicze zniknięcia, świątynia zniszczona przez nieznane siły i demonolodzy pasują do mojego magazynu lepiej, niż hollowy, na które zwykle wpadam. Naczelny powinien być zadowolony, szczególnie że miałam też sporo zdjęć i nagrań relacji świadków. Po prostu bomba. Pociąg minął barierę otaczającą miasteczko, postawioną niegdyś przez miejscową miko (interesujący szczegół, dopisałam sobie do artykułu) i wtedy rozpadla się bransoletka, którą na pożegnanie dała mi Oshi. Wszyscy, łącznie ze mną, zamarli.
Myśleliśmy, że sprawa zakończona, tymczasem daliśmy się zwieść. Zapomniałam o artykule i myślałam już tylko o tym, jak najszybciej wrócić do miasteczka. Nawet jeśli miałabym wracać sama. Ostatecznie wróciliśmy wszyscy, przechodząc przez portal ustawiony na dworcu przez Koga-san do łazienki w jego pokoju hotelowym. Bardzo małej łazienki, chciałabym zauważyć. Gdyby drzwi się nie otworzyły, zmiażdzylibyśmy się nawzajem…
Pominę szczegóły tego, co działo się później. W skrócie, odbyłam wycieczkę do klasztoru, połączoną z bitwą z hollowami, wylądowałam w piwnicy zaminowanego domu z oszalałymi ze strachu zakładnikami i wzięłam udział w podziemnej bitwie z renegatem-demonologiem, próbującym wskrzesić swoich pobratymców. Częściowo mu się udało, nie doliczylismy się trzech ciał… Bitwa była dziwna, Yui-san wybrzebywała ze ściany jakieś magiczne kamyki balansując na tyczce, potwory szalały i nikt chyba do końca nie wiedział, co się dzieje. Ale tak jakby wygraliśmy.
Chciałabym powiedzieć, że pomysł pisania pamiętnika był reakcją na te „wakacje”, ale to nieprawda. Wtedy nadal myślałam tylko o reportażu. Problem polegał na tym, że to był zaledwie początek.
Saturday, March 31, 2007
Tuesday, March 27, 2007
Z dzienniczka pewnej Quinci…
Nigdy nie pisałam pamiętnika – to dla pensjonarek. Ostatnio postanowiłam jednak przemyśleć sprawę. Podobno prowadzenie dziennika pozwala spojrzeć na wydarzenia z dystansu i zachować równowagę. Jestem dostatecznie zdesperowana, żeby próbować dużo mniej prawdopodobnych rozwiązań. Będę jednak musiała potrenować, pisanie o sobie nigdy mi nie wychodziło, nawet w podstawówce. Przyczyną mogło być unikanie tematu.
Na początku wypada napisać kilka słów wprowadzenia… Mam lat dziewiętnaście i trochę, jestem na pierwszym roku dziennikarstwa i pracuję na pół etatu (albo na półtora, jak wypadnie) w redakcji „Wieści nie z tej ziemi”. Tytuł jest tragiczny, ale trzon zespołu tworzą ludzie naprawdę widzący świat odrobinę inaczej… Więc nie wyróżniam się nadmiernie. Szczęśliwie naczelny nie wnika w szczegóły. Choć brak pytań po ostatnim materiale nieco mnie zaniepokoił. To nie jest normalna reakcja na taką bombę. Ale o tym później. Gdyby nie moja drobna rodzinna przypadłość, mogłabym zostać fotografem National Geografic. Po kilku latach praktyki oczywiście. A tak, moje zdjęcia, choć naprawdę niezwykłe, w większości idą do szuflady. Nawet w redakcji podejrzewają mnie czasem o fotomontaż albo wynajmowanie aktorów.
Skoro zaczęłam o rodzinie, lepiej wyjaśnię kilka rzeczy. Nie jestem zupełnie normalna, ale też trudno o to w takiej menażerii. Senior – otaku motoryzacji ze znajomymi w podejrzanych kręgach, wujaszek – medyczny buisnessmen i Ostatni z Rodu, nieprzystosowany kuzynek pretendujący do tytułu Ostatniego, dalszy kuzyn z wyraźnymi zaburzeniami poczucia rzeczywistości w odniesieniu do swojego powodzenia u płci przeciwnej i cała galeria krzyżówek i wariacji na powyższe tematy. Całe szczęście, że odziedziczyłam talenty w linii żeńskiej, czyli z przeskokiem… Tylko nie zrozumcie mnie źle, nieznani wścibscy czytelnicy tego osobistego pamiętnika, nie nazywam szczęściem faktu ich odziedziczenia. Cieszę się jedynie z tego, że mój ojciec i brat są tak normalni, jak to tylko możliwe w tych warunkach.
Doszłam więc do dziedziczenia. Nie jest przypadkiem, że w powyżej wymienionej galerii portretów nie znalazła się żadna ciotka o niezdrowym pociągu do importowanych słodyczy. Z moich badań genealogicznych wynika (przypominam, wyszukiwanie informacji to mój zawód), że jestem rzadkim wybrykiem natury. Pierwszą utalentowaną kobietą na przestrzeni tego wieku i czwartą z kolei w znanej historii rodu. Wszyscy starają się oczywiście o tym nie mówić i nie zwracać na to uwagi, ale im bardziej próbują, tym bardziej im to nie wychodzi. Wolę już podejście mojego Niemal-Ostatniego kuzyna, który przynajmniej otwarcie wątpi w moją umiejętność samodzielnego zawiązania sznurówek. W każdym razie przeważnie wolę.
Ostatnio okazało się, ku głębokiemu zniesmaczeniu większości rodu, że jedna z moich młodszych kuzynek (z dysfunkcyjnej, w zupełnie normalnym znaczeniu tego określenia, części rodziny) również posiada pewne talenty i trzeba ją wyszkolić. Obawiam, że jeśli ja nie zajmę się wyprowadzeniem biednej Ami Kiryu na prostą, będzie stracona dla społeczeństwa w większości wymiarów rzeczywistości. Na męską część rodziny trudno w tym temacie liczyć. Jakbym miała mało własnych problemów.
Sądzę, że tytułem wstępu to wystarczy. Czas przejść do meritum, czyli dlaczego potrzebuję tej formy terapii.
Na początku wypada napisać kilka słów wprowadzenia… Mam lat dziewiętnaście i trochę, jestem na pierwszym roku dziennikarstwa i pracuję na pół etatu (albo na półtora, jak wypadnie) w redakcji „Wieści nie z tej ziemi”. Tytuł jest tragiczny, ale trzon zespołu tworzą ludzie naprawdę widzący świat odrobinę inaczej… Więc nie wyróżniam się nadmiernie. Szczęśliwie naczelny nie wnika w szczegóły. Choć brak pytań po ostatnim materiale nieco mnie zaniepokoił. To nie jest normalna reakcja na taką bombę. Ale o tym później. Gdyby nie moja drobna rodzinna przypadłość, mogłabym zostać fotografem National Geografic. Po kilku latach praktyki oczywiście. A tak, moje zdjęcia, choć naprawdę niezwykłe, w większości idą do szuflady. Nawet w redakcji podejrzewają mnie czasem o fotomontaż albo wynajmowanie aktorów.
Skoro zaczęłam o rodzinie, lepiej wyjaśnię kilka rzeczy. Nie jestem zupełnie normalna, ale też trudno o to w takiej menażerii. Senior – otaku motoryzacji ze znajomymi w podejrzanych kręgach, wujaszek – medyczny buisnessmen i Ostatni z Rodu, nieprzystosowany kuzynek pretendujący do tytułu Ostatniego, dalszy kuzyn z wyraźnymi zaburzeniami poczucia rzeczywistości w odniesieniu do swojego powodzenia u płci przeciwnej i cała galeria krzyżówek i wariacji na powyższe tematy. Całe szczęście, że odziedziczyłam talenty w linii żeńskiej, czyli z przeskokiem… Tylko nie zrozumcie mnie źle, nieznani wścibscy czytelnicy tego osobistego pamiętnika, nie nazywam szczęściem faktu ich odziedziczenia. Cieszę się jedynie z tego, że mój ojciec i brat są tak normalni, jak to tylko możliwe w tych warunkach.
Doszłam więc do dziedziczenia. Nie jest przypadkiem, że w powyżej wymienionej galerii portretów nie znalazła się żadna ciotka o niezdrowym pociągu do importowanych słodyczy. Z moich badań genealogicznych wynika (przypominam, wyszukiwanie informacji to mój zawód), że jestem rzadkim wybrykiem natury. Pierwszą utalentowaną kobietą na przestrzeni tego wieku i czwartą z kolei w znanej historii rodu. Wszyscy starają się oczywiście o tym nie mówić i nie zwracać na to uwagi, ale im bardziej próbują, tym bardziej im to nie wychodzi. Wolę już podejście mojego Niemal-Ostatniego kuzyna, który przynajmniej otwarcie wątpi w moją umiejętność samodzielnego zawiązania sznurówek. W każdym razie przeważnie wolę.
Ostatnio okazało się, ku głębokiemu zniesmaczeniu większości rodu, że jedna z moich młodszych kuzynek (z dysfunkcyjnej, w zupełnie normalnym znaczeniu tego określenia, części rodziny) również posiada pewne talenty i trzeba ją wyszkolić. Obawiam, że jeśli ja nie zajmę się wyprowadzeniem biednej Ami Kiryu na prostą, będzie stracona dla społeczeństwa w większości wymiarów rzeczywistości. Na męską część rodziny trudno w tym temacie liczyć. Jakbym miała mało własnych problemów.
Sądzę, że tytułem wstępu to wystarczy. Czas przejść do meritum, czyli dlaczego potrzebuję tej formy terapii.
Subscribe to:
Posts (Atom)