Monday, March 24, 2008

Tajemnicza organizacja czuwająca nad równowagą świata

Z wieści pilnych, choć niezbyt radosnych – zbyt szybko ucieszyliśmy się z pokonania Kosiarzy. Według Urahara-san, zniszczyliśmy jedynie ich materialne powłoki, a ich… jestestwo, a raczej tworzące je reishi, wróciły do Hueco Mundo. Jeśli dobrze zrozumiałam dalszy wywód, odnoszący się zamierzchłej (dla mnie) historii, przypominało to jeden z eksperymentów Aizena. Najwyraźniej nasz przeciwnik w jakiś sposób wszedł w posiadanie wyników badań dawnego kapitana Gotei 13 i odrobił pracę domową. Nie wiem jak pozostałych, ale mnie przygnębiło to dość mocno. Co prawda moja rodzina specjalizuje się w badaniach, ale jeśli chodzi o mnie, pozwala mi to tylko lepiej zrozumieć niebezpieczeństwo związane z wiedzą w nieodpowiednich rękach (czy raczej, w nieodpowiednich głowach). W całkowicie zwarzonym humorze i marząc już tylko o ciepłym prysznicu oraz miękkiej kołdrze, pożegnałam się z obecnymi, potwierdziłam termin treningu i udałam się do siebie.

Kiedy przed wejściem zobaczyłam trzy białowłose postacie, nie byłam nawet specjalnie zaskoczona. Najwyraźniej naraziłam się jakiemuś bogowi, który postanowił mi urozmaicić życie. Od trzech dni co wieczór pojawia się nowy białowłosy. Jak tak dalej pójdzie, będę potrzebowała większego mieszkania, żeby zaprosić ich na herbatę. Do znanej mi już dwójki dołączył kilkunastoletni na oko niedorostek z miną ważniaka. Obrzuciłam ich ciężkim spojrzeniem, bez wstępów pytając, czy nie mogliby poczekać do rana, ale oczywiście nawet tak wyraźna sugestia nie dotarła. Do wyboru miałam awanturę na oczach sąsiadów albo wysłuchanie tego, z czym przyszli. Wybrałam opcję wymagającą mniejszego wysiłku i zaprosiłam ich do środka.

Szczeniak miał na imię Toboe i okazał się szefem. Zaproponował mi pakt – oni dadzą mi magiczną czytankę, dzięki której będę w stanie pokonać Kosiarzy i ich szefa, a ja w zamian pomogę im doprowadzić poziom reiatsu w tej okolicy do normy. Dowodem na skuteczność ich nauk miał być tamten heks, którym udało mi się zablokować pobór reishi przez Kosiarza – Kiba wbił mi go podobno do głowy, gdy byłam w stanie upojenia… Pomijając to, czy ta opowieść jest prawdziwa, ich propozycja nie przypadła mi do gustu. Po pierwsze, zachowywali się jak religijni fanatycy, a tych zwykle staram się unikać. Po drugie, teoria o „naturalnym poziomie reiatsu” brzmiała dla mnie całkowicie nieprzekonująco, bo właściwie kto i na jakiej podstawie ustalił tą normę? Po trzecie, normalizacja poziomu reiatsu polegałaby na odesłaniu shinigami (przynajmniej tych silniejszych) na stałe do Seiretei, likwidację dziwadeł typu shinigami daiko, rozbicie ekipy w Las Noches (bo kto słyszał o inteligentnych hollowach, toż to wyrodzenie jakieś) i dalej w ten deseń. Czyli miałabym usunąć, abstrahując w tym momencie od metod, wszystkich moich obecnych sprzymierzeńców. Nie spytałam, czy potem powinnam zamordować swoją rodzinę i popełnić samobójstwo (też chyba mamy za wysokie reiatsu), bo białowłosi nie wyglądali na osobników rozumiejących sarkazm. Jak wynika z powyższego, propozycję odrzuciłam i to niezbyt dyplomatycznie. Gdyby dali mi się wyspać, rozmowa mogłaby mieć przyjemniejszy przebieg (choć efekt byłby pewnie taki sam). Niewykluczone, że udałoby mi się potem z tego sklecić wywiad dla magazynu… A tak, stopień irytacji nie pozwolił mi nawet wyciągnąć aparatu. Potem zaczęli przebąkiwać o tym, że mogą się przecież zwrócić do mojej kuzynki i to mnie już mocno poruszyło. Wpraszają mi się do domu, gadają od rzeczy, a następnie grożą! Próbowali tonować, ale dla mnie to była groźba. Co prawda nie wierzyłam, żeby Ami-chan dała im inną odpowiedź, ale wolałabym też, żeby nie została wplątana w cały ten bałagan. Wytłumaczyłam im więc, że choć nie mam ochoty spotkać się z nimi na wojenne ścieżce, w razie gdy zaczną zbyt blisko interesować się moją kuzynką, potraktuję to jako sprawę osobistą. Efekt mógłby im się nie spodobać (mnie pewnie też, ale to osobna kwestia). Na tym wymiana uprzejmości się skończyła i wreszcie zostawili mnie samą. Spojrzałam tęsknie w kierunku futonu, ale najpierw musiałam wykonać kilka telefonów.

Pierwszy był do Ami. Okazało się, że jest w Tokio, ale nie ma pojęcia o tym, co się ostatnio działo, ani o tym, że dziadek jest w szpitalu. Poprosiłam, żeby do mnie przyjechała jeszcze tego wieczoru i się rozłączyłam. Następnie zadzwoniłam do dziadka, żeby wybadać co wie o białowłosych fanatykach. Okazało się, że to jakiś wczesny i antyczny odłam Quinci (mocno upraszczając), stanowiący samozwańczą służbę kontrolną świata i wierzący w swoją mistyczną więź z wilkami. Nie powinnam im się narażać (to ostrzeżenie było stanowczo spóźnione) ani na nic się zgadzać (to z kolei było niepotrzebne). Obiecałam wpaść następnego dnia w odwiedziny i poszłam wreszcie wziąć prysznic…

Ami-chan przyjechała już dość późno. Wytłumaczyłam jej, co obecnie dzieje się w mieście i kto jest kim. Zgodnie z moimi przewidywaniami, moja młodsza kuzynka jest stanowczo zbyt rozsądna na to, żeby wilkom udało się ją wykorzystać do swoich celów. Uzgodniłyśmy, że rano pojedziemy razem do szpitala i w końcu mogłam zasnąć.

Następny dzień zaczął się katastrofalnie, a potem było już tylko gorzej. Do dziadka nie dotarłam, bo gdy jechałyśmy kolejką, w pobliżu pojawił się Kosiarz. Jego reiatsu sprawiło, że ludzie dookoła zaczęli się dusić i mdleć. Kazałam Ami wynosić się z okolicy, dałam numer do sklepu Urahary, żeby zadzwoniła po posiłki (jakby sami nie zauważyli, co się dzieje) i wystartowałam w stronę Kosiarza. Ami poczuła się chyba straszliwie urażona, ale a) nie miałam czasu na dyplomację, b) nie chciałam, żeby była w pobliżu walki. Ja wiedziałam, że jakiś czas dam sobie radę, a potem powinni pojawić się inni. Gdyby była ze mną, musiałabym ją osłaniać, a wtedy obie byłybyśmy w jeszcze większych kłopotach… Walka przebiegła mniej więcej tak, jak sądziłam, czyli udało mi się zapieczętować Kosiarza i przez dłuższy czas zachować mobilność. Niestety, nasz przeciwnik najwyraźniej szybko się uczył i potrafił sparować praktycznie wszystko, co już kiedykolwiek widział. Efekty były opłakane, bo ani Klara-san ani Ulquiorra nie potrafili mu naprawdę zaszkodzić. Zdaje się, że kilka razy wybiłam dziurę w ścianie pobliskiego budynku, więc nie pamiętam zbyt wyraźnie końcowej fazy walki. Kosiarz chyba w końcu został pokonany. Ja obudziłam się w karetce. Kiedy dowiedziałam się, że będzie mnie składał doktor Kurosaki, miałam ochotę się roześmiać, ale zamiast tego straciłam przytomność, pewnie z ulgi, że to nie będzie zwykła urazówka… Ojciec dwójki shinigami daiko powienien wiedzieć, z czym ma do czynienia.

Ponownie obudziłam się jako mumia. Na szczęście Kurosaki Karin, która wyraźnie mnie nie pamiętała, po ustaleniu kim jestem, podała mi mój telefon. Pierwszy telefon do Urahary-san, żeby wyjaśnić gdzie jestem. Przy okazji dowiedziałam się, że prawdopodobnie mam w sobie jakiegoś „mini-hollowa” jako urządzenie szpiegujące. Bue, obrzydliwe. W dodatku Urahara-san zapowiedział, że mnie odwiedzi, żeby go usunąć. Niedoczekanie… Drugi telefon do Ami. Jak przypuszczałam, była obrażona. Na szczęście miała dość rozsądku (albo urażonej dumy), żeby pojechać prosto do dziadka i nie próbować żadnego bohaterstwa. W jej głosie brzmiała ponura satysfakcja, że wylądowałam w szpitalu (wolę to, niż udział w jej pogrzebie, ale tego nie powiedziałam). Argument, że ma dość szkolenia, żeby radzić sobie nie gorzej ode mnie, odruchowo sparowałam stwierdzeniem, że różnica szkolenia wynosi siedem lat, co ją na moment wyhamowało, choć raczej nie poprawiło naszych stosunków. Przeprosiłam, wytłumaczyłam dlaczego nie chciałam jej w pobliżu, ale nie sądzę, żeby mi wybaczyła. Mam tylko nadzieję, że wciąż mam na nią choć minimalny wpływ. Stanowczo nie nadaję się na nauczyciela. W dodatku dziadek wygadał się o pudełku, które wciąż leżało u mnie w pokoju. Obiecałam, że oddam jej je zaraz jak stanę na nogi (na razie nie zapowiadało się, żeby miało to nastąpić szybko). Przynajmniej będzie musiała się ze mną zobaczyć.

Wydobycie mini-hollowa nie było szczególnie trudne, choć wolne i nieprzyjemne. Dostatecznie dobrze znałam swoje reiatsu (nawet w obecnym, opłakanym stanie), żeby znaleźć to, co do niego nie pasowało, po czym „wydłubać” to z siebie. W końcu moc Quinci polega właśnie na manipulacji reishi. Przyznam się jednak, że nie spodziewałam się gwałtownej pojawienia się panny Kurosaki w stroju shinigami. Mocno się zmieszała, gdy pokazałam jej straszliwego hollowa, który zaatakował klinikę. Urahara-san wydawał się bardziej rozczarowany niż zdziwiony… Następnym gościem była Inoue Orihime (w towarzystwie arrancara, co znów wywołało zamieszanie), dzięki której mogłam opuścić gościnne progi kliniki Kurosaki dużo wcześniej, niż wydawało się to możliwe. Dobrze, bo już nic mnie nie boli. Źle, bo nici wzięli wypoczynek. Kiedy właściwie mam trenować, jeśli codziennie mamy walną bitwę? I jaki sens ma w takiej sytuacji trening? Chyba powinnam wyjechać na wakacje. Postanowiłam następnego dnia zadzwonić do redakcji i zapytać, jak naczelny zapatruje się na reportaż o wierzeniach Indian Pueblo.

Wednesday, February 6, 2008

Kac

Przebudzenie ze świadomością, że się przesadziło i przeczuciem, że wraz z powrotem pamięci samopoczucie może się tylko pogorszyć nie zdarzyło mi się po raz pierwszy. Nie po raz pierwszy też budziłam się nie mając pojęcia, gdzie jestem i jak się tam znalazłam. Mimo to, ten poranek zaliczam do najbardziej oryginalnych w moim życiu. Gdy zaczęłam już kojarzyć, uświadomiłam sobie, że leżę na stole (własnym), przywiązana do niego jakimiś szmatami, prawdopodobnie dla bezpieczeństwa. Ręce nie chciały mnie słuchać, więc rozplątanie węzłów zajęło mi parę minut. Byłam pewna, że sama sobie tego nie zrobiłam. Z doświadczenia wiem, że nawet na krawędzi utraty przytomności potrafię rozłożyć swój futon. Grunt do dobre odruchy, jak zawsze powtarzał mój sensei.

Uwzględniając powyższe i to, co pamiętałam z poprzedniego dnia, widok Kiby zwiniętego w kłębek na podłodze przy wejściu nie stanowił wielkiego zaskoczenia. Spał, a ja miałam kilka pilnych spraw do załatwienia, więc na razie dałam temu spokój. Najpierw łyknęłam trzy aspiryny, popijając je litrem wody. Potem powlokłam się do łazienki, żeby doprowadzić się do stanu, w którym znów poczuję się człowiekiem. Zajęło mi to sporo czasu… Kiedy wróciłam, usiadłam na krześle, opierając ręce na oparciu, i obserwowałam białowłosego. Nie trwało to długo. Wstał, otrząsnął się, spojrzał na mnie i wyszedł. Po dłuższej chwili wrócił, wyglądając całkiem świeżo. Nie miał kaca? Co za niesprawiedliwość…

Zaproponowałam mu śniadanie, ale odmówił tłumacząc się specyficzną dietą. Zapytałam z przekąsem, czy składa się z surowego mięsa – nie zaprzeczył. Coś zaczęło mi świtać, ale wciąż za bardzo bolała mnie głowa, żebym była w stanie zamienić chwilowe olśnienie we wnioski. Od słowa do słowa potwierdził, że mnie przyniósł pijaną do mieszkania (skąd znał adres?). Podziękowałam, ale potem rozmowa potoczyła się w kiepskim kierunku. Jaki facet wypomina dziewczynie drinki, które wypiła na jego koszt (nawet nie prosiłam, żeby mi stawiał)? W dodatku sugestia, że wieczór spędzony razem na imprezie oznacza akceptację jego obecności w moim życiu była stanowczo na wyrost. Mógłby dać spokój tym opowieściom o Wybrance… Jak przestanie twierdzić, ze jest moim mistrzem, mogę się z nim nawet umawiać.

Po wyjściu Kiby, który uznał, że tego dnia nie da się ze mną dogadać, postanowiłam odwiedzić kuzyna. Z aspiryną, na wypadek gdyby mu się skończyła (choć u studenta medycyny to mało prawdopodobne). Uryuu przywitał mnie w paskudnym nastroju i dopiero po chwili dotarło do mnie, że powodem nie był ból głowy tylko nagłówki w gazetach. Pojawienie się kosiarzy pociągnęło za sobą 80 ofiar śmiertelnych (nie licząc shinigami, bo o nich oczywiście nie napisano). W przeciwieństwie do niego widziałam wszystkie miejsca ataku, mimo to liczba ofiar mnie zaskoczyła. Prawda, nie widziałam centrum handlowego przed przyjazdem karetek… Jednak natychmiast górę wzięła pragmatyczna część mojej natury. Lepszego momentu na wyłożenie sprawy, z którą przyszłam, nie mogłam się spodziewać. Zaproponowałam Uryuu-nii wspólny trening (zaznaczając, że to nie był mój pomysł), wskazując na koniczność przygotowania się na następną wizytę kosiarzy. Oczywiście obruszył się na sugestię, że mógłby się czegoś ode mnie nauczyć. Zależało mi na jego zgodzie (nie zaprzeczam, że ma więcej doświadczenia, a ja planuję przeżyć), więc przełknęłam większość cisnących mi się na usta odpowiedzi. On też chyba sprzeciwiał się tylko dla zasady, ponieważ podejrzanie szybko przeszliśmy do ustalania konkretów. Pomysł, żeby zaangażować w nasz trening kogoś z obecnych w naszym świecie shinigami i poprosić Uraharę-san o sztuczne cele był całkiem dobry. Miałam zapytać, czy o pomoc poprosimy Hitsugaya-taicho (wątpię, żeby Uryuu był świadomy jego obecności) czy Tomokazu-san (tu z kolei mógł nie wiedzieć, co ona potrafi), ale ugryzłam się w język. Szczególnie, że i tak oboje jechaliśmy do Urahara-shouten.

Jak przewidywałam, zjawiliśmy się w trakcie wznowionej narady strategicznej. W jej trakcie zaszły dwa ważne fakty:

- przybyły posiłki z Seiretei: kapitan Zaraki, kapitan Unohana i Mishima-san (która natychmiast wzięła się za zamiatanie)

- pojawiła się Yoruichi-san, informując o tajemniczej śmierci dwóch „tarcz” i prawdopodobnym ataku na dwie inne osoby z tego grona.

Ta ostatnia informacja doprowadziła do szybkiego zakończenia dyskusji. Zostałam wytypowana na ochotnika do zbadania miejsca jednego z ataków, tego skierowanego na „tarczę” – znajomego Klary-san. Udało mi się przekazać, już niemal w biegu, Uraharze-san prośbę o pomoc w treningu i to by było na tyle.

Otoczenie domu, w którym mieszkał znajomy Klary-san, wyraźnie było miejscem jakiejś walki. Zidentyfikowałam słabe ślady reiatsu kosiarza, z którym spotkałam się dzień wcześniej, ale nie potrafiłam określić, kto go przepędził. Ślady coś mi przypominały, ale nie potrafiłam przypiąć im żadnej etykietki. W końcu usiadłam wśród krzaków, które w nocy ktoś zmroził, i zatopiłam się w medytacji. Niepotrzebnie, jak się zaraz okazało, bo osoba odpowiedzialna za niszczenie zieleni pojawiła się osobiście. Różowowłosa pomywaczka shinigami o niewyparzonym języku: Ari Yuriko. Charakterystyka reiatsu: baunto? To tyle, jeśli chodzi o ich wytępenie. Szybko wysłałam Klarę-san, żeby ostrzegła „tarczę” przed niebezpieczeństwem, po czym wyjaśniłam Ari-san, że mówienie Klarze-san per „demonie” (w luźnym przekładzie) nie jest politycznie poprawne oraz że powinna nadrobić braki w zakresie wiedzy o aktualnych sojuszach. W skrócie, arrankarzy obecnie nie są traktowani jako wrogowie, chyba że sami tego chcą.

Nieco później, będąc już w drodze do bazy, zostaliśmy zaatakowani przez kosiarza. Dzięki obecności tarczy mogliśmy być pewni, że tym razem nie ucierpią zwykli ludzie, ale taka bariera to obosieczny miecz. Nie mogliśmy również wezwać pomocy ani liczyć na to, że nadejdzie jakieś wsparcie. Walka nie szła nam dobrze. Jak pamiętałam, kosiarz był niezwykle silny i szybki. Wyglądało na to, że czerpie energię z zewnątrz, a także od tych, których zranił. Przypomniała mi się uwaga Uryuu-nii, że zna sposób na zablokowanie tej umiejętności. Nie zdążył mi go przekazać… ale przecież ja też potrafiłam to i owo. Zajęło mi to sporo czasu, nie byłam pewna efektu tej improwizacji, ale w końcu rzuciłam w kosiarza heksem. I zadziałało! Oczywiście rezultat nie był natychmiast widoczny, ale teraz nie mógł już regenerować się po każdym trafieniu. W dodatku znajomy Klary zmodyfikował tarczę, dzięki czemu do wewnątrz dostał się Ulquiorra. To był koniec tego kosiarza, tym razem byliśmy pewni, że został zniszczony.

Nie byłam zdziwiona, że pozostałe grupy także zostały zaatakowane. Uryuu-nii był mocno sponiewierany. Wzruszyłam się faktem, że się o mnie martwił (nie zdążył mi przekazać tamtego heksa). Miałam też moment satysfakcji, gdy się dowiedział, że sama wymyśliłam rozwiązanie… Rzadka przyjemność. Kapitan Zaraki był mocno nie w humorze, mrucząc coś o niesportowych metodach kosiarzy. Grypa Tomokazu-san przyprowadziła nieznajomego, którego reiatsu było podejrzanie podobne do tego, które miał Kiba. Ważniejsze jednak było, że wrócili bez Mishimy-san, która zniknęła zadając kosiarzowi decydujący cios. Wszyscy chcieliśmy wierzyć, że jeszcze się pojawi, ale oficjalnie została uznana za zaginioną w akcji. 3:1 dla nas, stwierdził Urahara-san. Oczywiście, uwzględniając dwie zabite w nocy tarcze wynik zmienia się na 3:3… A pokonanie jednego kosiarza wymaga współpracy kilku bardzo silnych osób. Według mnie, przegrywamy.

Sunday, February 3, 2008

Party time!

Kochany dzienniczku, bardzo Cię zaniedbałam, ale obiecuję poprawę. Zaledwie kilka miesięcy temu wyplątałam się z tamtej afery… Znowu się zaczęło dziać, choć starałam się być grzeczna, słuchać dziadka i nie irytować (nadmiernie) wujka Ryuukena. Nawet zaczęli się o mnie martwić w redakcji, bo po oddaniu cyklu reportaży z bardzo okrojoną wersją wydarzeń związanych z pigmentem, hyu i radosnych pogromców hollowów ograniczyłam się do rutynowych artykulików o astrologii i duchach w okolicach starych świątyń. Tłumaczyłam się zbliżającymi się egzaminami, ale chyba nie do końca mi uwierzyli. Po tej sesji do Tokio miał przyjechać mój brat, w tym roku zaczynający naukę w collegu. Chociażby z tego powodu musiałam trochę znormalnieć, Hikaru nie zasługiwał na taki szok na samym początku studiów.

Podejrzewam, że nagranie trafiło do mnie z podszeptu naczelnego. Było zbyt mętne, żeby je do czegoś wykorzystać, ale w normalnych warunkach wystarczyło by do tego, żebym złapała trop i stworzyła następny ledwo nadający się do publikacji w poważnym (sic!) piśmie reportaż. Warunki jednak nie były normalne, bo jeszcze zbyt dobrze pamiętałam, gdzie ciekawość doprowadziła kota. Poza tym naprawdę miałam poważne zaległości w nauce. Nagranie oczywiście obejrzałam. Jakość była kiepska, jak to zwykle bywa z filmami z kamer przemysłowych. Mimo to nie mogłam nie zauważyć, że przynajmniej jedna z przedstawionych tam osób wygląda znajomo. Kiedy bohaterowie zaczęli znikać, a okolica w różnych miejscach kadru zaczęła przejawiać tendencje wybuchowe, nie miałam już wątpliwości. Potop, który na pozór nie miał racjonalnego wytłumaczenia, już nie zrobił na mnie wrażenia. Podobnie jak zamrożenie wszystkiego dookoła, co było zwieńczeniem tego festiwalu destrukcji. Przelotnie zastanowiłam się, kto mógł wykonać tą ostatnią akcję, ale nie byłam aż tak zaciekawiona, żeby zadzwonić do kogoś i zapytać. Zamiast tego wyjęłam płytę z napędu, starannie zapakowałam w kopertę i ukryłam głęboko w szufladzie. Może zajmę się tym po sesji. A może nie.

Z perspektywy czasu incydent z filmem należy uznać za preludium. Prawdziwym początkiem był telefon od dziadka, wzywający mnie w trybie pilnym i niejasnym do jego rezydencji. Ponieważ nie lubię niejasnych wezwań, pojechałam metrem. Nie należy uznać tego za lekceważenie, w końcu metro to jeden z najszybszych sposobów komunikacji w mieście, prawda?

Humor, już częściowo zważony perspektywą spotkania z marudnym staruszkiem i jego samochodami, zepsuł mi się do reszty gdy poczułam reiatsu w okolicach rezydencji. Przestawiłam myślenie na „quinci mode”, robiąc szybką inwentaryzację posiadanych środków zaczepno-obronnych. Dzięki mojej paranoi miałam przy sobie nie tylko krzyżyk, ale i sporą ilość ginto. Czymkolwiek było stworzenie w środku, miało aurę podobną do hollowa, a to nie był dobry znak. Jeszcze gorszym był brak zamieszania, wybite szyby i zapach krwi w powietrzu… Podskoczyłam do okna na piętrze, ostrożnie zaglądając do środka. Pokój był zrujnowany, na co ledwo zwróciłam uwagę, widząc ciała dwójki służących. Wsunęłam się do wnętrza i ostrożnie zaczęłam sprawdzać kolejne pomieszczenia. W końcu wyczułam reiatsu dziadka, zbyt słabe, by był przytomny. Był na dole, więc ruszyłam w stronę schodów. Właśnie tam natknęłam się na Nazgula.

No dobrze, to nie był Nazgul. Miał kosę, nie miecz. Peleryna i gorejące oczy się jednak zgadzały… Przedstawił się jako Pierwszy Kosiarz, po czym postanowił podjąć zbożne dzieło eliminacji znajdujących się w okolicy quinci (czyli mnie). Kiedy uznałam, że cywilizowana wymiana zdań dobiega końca, rzuciłam Volcore i zeszłam z linii ataku. Nie dało mi to wiele czasu, ale dość żebym miała przewagę w rozpoczynającym się berku. Szybko przeniosłam zabawę na zewnątrz. Po pierwsze, chciałam odciągnąć stwora (nadal nie miałam pojęcia, czym jest) od rannych. Po drugie, efektywne użycie łuku wymaga przestrzeni. Dość szybko zauważyłam, że Kosiarz ustępuje mi szybkością. W pierwszej chwili wyglądało to tak, jakby się teleportował przy akompaniamencie dartego płótna, ale w rzeczywistości ta zdolność przypominała sonido. Był dostatecznie wolny, żebym była w stanie do niego celować w ruchu. Niestety moje strzały, nawet silne, nie robiły na nim większego wrażenia. Udało mi się osiągnąć tyle, że się zdenerwował i pozbył peleryny. Widocznie wcześniej ograniczała mu ruchy, bo nagle przyspieszył. Nawet nie zauważyłam, kiedy sięgnął mnie kosą. Chwilę potem udało mu się drugi raz. Był bardzo zadowolony z siebie, gdy mi tłumaczył, że najmniejsze draśnięcie oznacza stopniową śmierć ciała. Fuj. Miałam już całkiem lekką głowę, gdy pojawił się wybawca, w formie opancerzonego hollowa bez dziury. Unieruchomił Kosiarza pasmami zielonej energii i kazał mi strzelać. Quinci zabijają hollowy, prawda? Przez chwilę nie byłam całkiem pewna, do kogo mam strzelać, ale na szczęście nie byłam aż tak nieprzytomna (lub wściekła), żeby na serio rozważać strzał do nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Następne kilka minut pamiętam mętnie, ale szkieletor zniknął.

Przybysz (przedstawił się, ale nie zapamiętałam imienia, wstyd!) opatrzył mnie, zszywając rany zieloną energią. Był w stanie spowolnić działanie jadowitej kosy, ale nie zneutralizować jej działanie. Poprosiłam go o pomoc przy opatrywaniu pozostałych rannych. Dziadka znaleźliśmy z bibliotece. Chociaż raz mogłam mu powiedzieć, co ma robić, a on nie mógł się sprzeciwić. Przynajmniej przez chwilę. Zostawiłam z nim Tajemniczego Wybawcę, a sama zadzwoniłam do Ishidy. Jeśli rzeczywiście wszyscy mieliśmy umrzeć w ciągu kilku godzin, ktoś musiał wiedzieć, co się wydarzyło i jakie konsekwencje wynikają z istnienia Pierwszego Kosiarza. Wśród nich wysoce prawdopodobne istnienie Drugiego. Wujek był wyjątkowo miły, chyba miał wyrzuty sumienia, że nie może natychmiast przyjechać. Najwyraźniej Drugi też miał swój dzień. Rozłączyłam się, zanim zaczął przepraszać, tego mogłabym nie znieść.

Dziadek nie był wiele lepszy. Nie zwracając uwagi na sugestie, że jest za słaby na cokolwiek poza czekaniem na fachową pomoc postanowił odsłonić przede mną wstrząsające fakty. Nie byłam wybrykiem natury. Kobiety w naszej gałęzi rodziny od zawsze zajmowały się brudną robotą, pozostawiając mężczyzn w laboratoriach. Nic dziwnego, że teraz rodzi się tak mało utalentowanych dziewczynek, skoro przez stulecia wysyłano je na pierwszą linię… ale do tego wniosku oczywiście musiałam dojść sama, bo żaden facet by na to nie wpadł. Następnie dowiedziałam się, że mogę się okazać Jedyną Nadzieją. Albo Prawie Jedyną, bo pewnie będę musiała się podzielić tytułem z Ami-chan. Mówiąc krótko, prawdopodobnie mam Przeznaczenie. Na potwierdzenie tego dostałam dwa pudełka, jak się domyślałam pełne artefaktów, jedno dla mnie, a drugie dla kuzynki. Do dziadka nigdy nie dotarło, że dziewczynkom daje się lalki. Przynajmniej pudełko dla Ami było obwiązane różową wstążeczką. Potem staruszek wyciągnął jakąś błyszczącą pałeczkę, przełamał ją, biały ogień pokrył moje rany i urwał mi się film.

Obudziłam się pod stosem książek. To oznaczało bibliotekę albo moją sypialnię. Ze wskazaniem na bibliotekę, bo moje książki w większości miały miękkie okładki. W budynku nie było nikogo poza mną i Tajemniczym. Pozostałych zabrało pogotowie, po tym jak dziadek ukrył mnie pod książkami. Jakie to logiczne… Odstawiłam pudełka na bok i postanowiłam zrobić herbatę. Po walce, dwóch typach leczenia i chwilowym braku świadomości umierałam z pragnienia. Musiałam się jednak zadowolić kilkoma łykami wody, ponieważ Tajemniczy postanowił sprawdzić miejsca pozostałych dwóch ataków (właśnie się o nich dowiedziałam). Nie mogłam go puścić samego, prawda?

Park wyglądał jak scena z horroru klasy C. Ludzkie szczątki rozrzucone dookoła, flaki zwisające z drzew, czerwone smugi na trawie. Okropność. Wypatrzyłam tam postać Klary-san i bez większego zdziwienia przyjęłam fakt, że rozmawia z Tajemniczym jak ze starym znajomym. Tego kosiarza najwyraźniej przepędzili (nie odważyliśmy się uznać, że zostali zniszczeni) arrankarzy. Trzecim zaatakowanym miejscem było centrum handlowe. Na szczęście karetki były tam przed nami, ale i tak wyglądało to koszmarnie. Połowa budynku leżała w ruinie. Po okolicy kręcili się shinigami, najwyraźniej w tym miejscu to oni zajęli się kosiarzem. Wśród nich wypatrzyłam charakterystycznego małego kapitana i Tomokazu Ayę, mocno nieszczęśliwą i starannie to ukrywającą. Przyczyna wyjaśniła się bardzo szybko – oddziałem dowodził Arisugawa-san, którego nigdzie nie można było znaleźć. Żeby ostatecznie uprzyjemnić mi dzień, pojawili się jeszcze Ulquiorra i Inoue-san. Dzięki zdolnościom zielonkawego arrankara mogliśmy obejrzeć finał walki w centrum i interesującą różowowłosą dziewczynę, która odegrała w nim decydującą rolę. Wszyscy obecni zgodnie uznali, że Arisugawa przebywa obecnie w jej ponętnym towarzystwie i nie znajduje się w stanie bezpośredniego zagrożenia. Dalsze rozważania zaczęły mnie już nudzić, więc po ustaleniu, że wszyscy zainteresowani spotkają się u Urahary, oddaliłam się samotnie.

Główną przyczyną była ciekawość, co właściwie podrzucił mi dziadek. Rodowa posiadłość wymagała remontu i wyglądała jak scenografia do filmu o duchach, więc tylko zabrałam stamtąd obie paczki i pojechałam do siebie. Tam mogłam wreszcie w spokoju zaparzyć herbatę i rozpakować prezent. W mojej paczce był łuk – prawdziwe, solidne łuczysko, które nie mieściło się do torebki. Pod nim leżały dwie metalowe bransoletki, całkiem gustowne jak na wyrób quinci. Oczywiście był to wyrób jubilerski tej samej klasy co mój mały krzyżyk… Po ich założeniu miałam bardzo dziwne uczucie – coś pomiędzy narastaniem energii a jej zablokowaniem. Interesujące, ale w razie następnego ataku wolałabym nie mieć na sobie nic blokującego moje zdolności, więc odłożyłam je na bok. Najbardziej spodobał mi się trzeci element wyposażenia. Kawałek dziwacznie ukształtowanego metalu, tworzącego stosunkowo wygodny uchwyt. Poczułam leciutki ruch energii, więc na próbę puściłam przez jeden strumień reishi. Rękojeść zabuczała i pojawiło się świetliste ostrze. Bomba! Dziadek dał mi miecz świetlny! Właściwie, sprostowałam po chwili, dziesięć mieczy. Zważyłam broń w ręku i uznałam, że do rzucania też się nadaje (oraz zapewnie strzelania, jak przystało quinci…). Łuk na razie odłożyłam do pudełka jako zbyt nieporęczny, bransolety wrzuciłam do torby, a dwie tuleje (jakoś je muszę nazywać) za pasek i po jednej do każdego rękawa. Przez chwilę wahałam się nad drugim pudełkiem, po czym zdecydowanym ruchem rozwiązałam różową wstążeczkę. Nie dam Ami żadnej przesyłki od dziadka nie sprawdzając wcześniej zawartości. Poza tym byłam ciekawa.

Pod pierwszą warstwą papieru była kartka z napisem „To nie dla ciebie!”. Charakter pisma dziadka. Odłożyłam ją na bok. Druga kartka wyjaśniała, że wewnątrz nie ma nic, czego nie byłoby w moim pudełku. Wzruszyłam ramionami. Jeśli tak jest, mogę tam spokojnie zajrzeć. Rzeczywiście zawartość paczki była niemal taka sama, brakowało tylko bransoletek. Zawinęłam wszystko ponownie, starannie wiążąc kokardkę. Kartki wyrzuciłam, Ami mogłaby nie zrozumieć żartu. Postanowiłam na razie jej o niczym nie informować. Nie chciałam jej wciągać w ten bałagan zanim nie dowiem się czegoś więcej.

Uznałam, że dość już zwlekałam i ruszyłam do Urahary. Zastałam towarzystwo w czasie dyskusji stanowiącej skrzyżowanie burzy mózgów i narady strategicznej. Takie spotkania zwykle straszliwie mnie nudzą, to nie było wyjątkiem. Znowu głównym podejrzanym okazał się Vasto Lorde, ukryty w ogromnej burzy w Hueco Mundo. Interesującym przerywnikiem było „odbicie” Arisugawy-san z rąk różowowłosej nieznajomej. Wciąż był w kiepskiej formie, a Tomokazu chyba miała mu coś za złe... Opracowano wstępne zarysy planu wyprawy zwiadowczej, jak dla mnie brzmiącego jak bardzo skomplikowane samobójstwo. Na razie jednak mogliśmy tylko czekać i starać się przygotować na nieuniknione spotkanie z Kosiarzami. Gdy tylko mogłam to zrobić, pożegnałam się z obecnymi i wybrałam się do kliniki Ishidy. Nieważne, co myślę o swojej rodzinie, wciąż jest to rodzina…

Najpierw rozmowa z wujkiem. Niestety, na razie nie był w stanie opracować antidotum na tą śmiertelną zgniliznę i jedyną dobrą radą było jak najszybciej oddalić się od Kosiarza. Najwyraźniej rany normalniały (jeśli można się tak wyrazić), gdy nie było go w pobliżu. Albo gdy wrócił do siebie – mieliśmy za mało danych, żeby stwierdzić to z całkowitą pewnością. Otrzymałam też nie do końca jasne ostrzeżenie przed opowieściami dziadka i próbami wrobienia mnie w coś. Na przykład w ratowanie świata. Całkowicie szczerze zapewniłam wujka Ryuukena, że nie mam najmniejszych chęci na zostanie bohaterką, rodzinna tradycja czy nie. Nie jestem pewna, czy mi uwierzył.

Wizyta u dziadka również nie była zbyt owocna. Dowiedziałam się przynajmniej, że bransoletki mają mi pomóc w rozwinięciu swoich zdolności, ale do czasu aż znajdę trochę czasu na trening z nimi, lepiej ich nie zakładać, bo ograniczą moje możliwości. Otrzymałam też światłą radę (polecenie?) zwrócenia się o pomoc do Uryuu-nii. Boleśnie upraszczając, ja jestem (według dziadka) specjalistką od silnych ciosów, a kuzyn od szybkostrzelności, która by mi się bardzo przydała. Temu nie zaprzeczę…

Ze szpitala wracałam w kiepskim humorze. Pomijając wszystkie przygnębiające wydarzenia tego dnia, byłam zmęczona, obolała i straszliwie głodna. Nie jadłam nic od wczesnego śniadania, a zaczynało się już ściemniać. Idąc ulicą zorientowałam się, że ktoś mi się przygląda. Gapi się byłoby trafniejszym określeniem. Nie ma nic nadzwyczajnego w chłopaku obserwującym ładną dziewczynę, ale robienie tego ze szczytu kilkumetrowego słupa wykracza już poza normalność. Opcja pierwsza – zignorować. Kiepski pomysł, to na pewno nie jest przypadkowych przechodzień. Jego reiatsu nie było imponujące, ale nie pasowało do żadnego znanego mi wzoru. Opcja druga – zestrzelić. Kuszące, ale to nie byłby najlepszy początek znajomości. Pozostawało tylko jedno…

Wskoczyłam lekko na sąsiedni słup. Nieznajomy wyglądał na nieco starszego ode mnie, miał białe włosy i był całkiem przystojny. Przedstawił się jako Kiba – dziwaczne nazwisko, w dodatku nie podał imienia. Wiedział, że jestem quinci, ale zachowywał się dziwnie. W końcu zapytałam go wprost, czy chce spróbować mnie zabić, czy zaprosić na randkę. Na początek stanęło na walce… Byliśmy już wtedy na ziemi i mimo nonszalanckiej pozy byłam przygotowana na kłopoty, więc atak mieczem sparowałam bez większych problemów. Miecz świetlny w każdym rękawie to był jednak dobry pomysł! Kiba był szybki, ale nie była to szczególnie ciężka walka. Żadne z nas nie potraktowało jej zbyt poważnie. Mimo to chyba był zadowolony, sądząc z komentarza, że „mogę być nią”. O-o. Następnie po raz drugi tego dnia usłyszałam o Przeznaczeniu. Tym razem wersja: „Jesteś Wybranką, a ja przeznaczonym ci nauczycielem. Moja rodzina przez pokolenia przechowuje w tym calu największe sekretne techniki quinci, z których co prawda nie możemy korzystać, ale mogę cię ich nauczyć.” O, bogowie, ratujcie! Jego rodzina znalazła jeszcze bardziej pokręcony sposób na życie niż moja, tylko dlaczego musi mnie w to wciągać? Ponieważ zapowiadała się dłuższa rozmowa, zaciągnęłam go do baru sushi, gdzie mogłam wreszcie uzupełnić braki energetyczne. Niestety, moje tłumaczenie, że nie potrzebuję następnego nauczyciela i na pewno nie jestem Wybranką, której szuka, nie trafiły pod właściwy adres. Fakt, że w tym samym czasie pożerałam naprzemiennie maki i nigiri. Mogłam mówić niewyraźnie.

Nie miał zamiaru się odczepić. Fakt, był przystojny… Takim chłopakiem mogłabym zaimponować paru lalom na wydziale. Tylko czy warto? Rozmyślania przerwał mi niecodzienny widok za oknem mijanego baru. Wewnątrz nad piwem siedzieli Klara-san i arrancar Grimmjaw. Oboje z nosami na kwintę. To, że tylko jedno z nich było widoczne dla zwykłych ludzi sprawiało, że sytuacja była jeszcze ciekawsza. Bez wahania weszłam do środka, holując za sobą Kibę, i przysiadłam się do tamtej dwójki. To, że mój samozwańczy nauczyciel nie ma problemu z przedstawieniem się arrancarowi, było oczywistością. Dalej potoczyło się już szybko. Nie jestem pewna, kto wpadł na pomysł, żeby przenieść się do klubu. I zaprosić jeszcze kilka osób. Wiem tylko, że wówczas wydawało się to genialnym rozwiązaniem.

Najpierw poszliśmy wyciągnąć z domu Tomokazu. Zapewniłam słodko Arisugawę, że nie śmiemy nawet proponować mu wyjścia, ze względu na wciąż nie zagojone rany. Aya z pewnością nie będzie narzekać na brak męskiego towarzystwa. Z jakiegoś powodu wprosił się niemalże na siłę… Potem wpadłam po kuzyna (żeby go rozruszać), a Klara-san dzwoniła po znajomych. Ostatecznie zebrała się duża grupa, z łącznie z shinigami i Kurosakim, a nieco później dołączyli arrancarowie, których chyba nikt nie zapraszał. Impreza na całego. Kiba wyglądał, jakby nieźle się bawił, ale nadal był trochę sztywny. Klara-san, może dlatego że zaczęła wcześniej, szybko zaczęła bujać w chmurach. Jej plan zaostrzenia wszystkich słupów w mieście, żeby utrudnić shinigami skakanie po nich uznałam za fascynujący. Nie udało mi się niestety wyciągnąć od niej obietnicy, że będę mieć wyłączność na ten materiał… Dalszy rozwój wypadków jest na tyle niepewny, że pominę go milczeniem.

Wednesday, April 4, 2007

Pod znakiem wieloryba

Obudziłam się czując, że leżę i coś ugniata mi wargi. Ktoś mnie całował! Nie wiedziałam, gdzie jestem i co się dzieje, ale nie przycodził mi na myśl nikt, kogo chciałabym widzieć na miejscu tej osoby… Więc wyprowadziłam na oślep (jeszcze nie otworzyłam chyba oczu, ale w tej pozycji trudno nie trafić) cios pięścią. W ramach reedukacji. Nawet szczególnie się nie zdziwiłam, słysząc pełen wyrzutu głos A. Pochlebia mi, że wzięła mnie za królewnę, ale jak wpadła na to, że jest księciem? Czy nie mógłby się dla odmiany trafić vizard bez zaburzeń osobowości? Choć to pewnie byłoby sprzeczne z ich naturą…

Usiadłam i otworzyłam ostatecznie oczy, pomimo graniczącego z pewnością podejrzenia, że widok mi się nie spodoba. Na szczęście wszystkie kończyny miałam na właściwym miejscu i o dziwo w całkiem dobrym stanie. Żebym jeszcze wiedziała, jakim cudem nic mi się nie stało… Nie zamierzałam jednak narzekać. Pierwsze spostrzerzenia: jesteśmy na pustyni (sądząc po piasku), jest noc (ciemno) i coś się nie zgadza (nie ma chmur, a gwiazd nie widać). I czułam się niezwykle świeżo, co mogło mieć związek z ogromną ilościa reishi w otoczeniu. Risa-san najwyraźniej poszła na rekonesans. W chwilę po tym, jak zdecydowałam się na przyjęcie pozycji erectus, spod nóg uciekł mi niewielki wąż. Z dziurą w środku. No i wszystko jasne… Czemu sensei nigdy nie przerobił ze mną tematu „Survival w Hueco Mundo i podstawowe sposoby na powrót do rzeczywistego świata”? Straszne niedopatrzenie… Podobnie jak to, że aparat zostawiłam na dachu tamtego budynku. Ktoś go pewnie odniesie do redakcji, ale jakie zdjęcią mogłabym zrobić! Choć po chwilowym zastanowieniu stwierdziłam, że na razie nie było czego fotografować.

Ponieważ siedzenie w jednym miejscu nie wydawało się ani trochę logiczniejszym rozwiązaniem od marszu w dowolnym kierunku, zdecydowałam się na marsz. Przynajmniej jest to jakieś zajęcie, a ruch to zdrowie… Kierunek – zagęszczona kolumna ciemności na horyzoncie. Przynajmniej nie będziemy się kręcić w kółko. Jednak marsz na dłuższą metę tez okazał się nudny. Towarzystwo też nie poprawiało mi nastroju. Moją sugestię o poproszenie o pomoc w powrocie arrancarów potraktowały poważnie (czyli uznały mnie za wariatkę), dowodząc całkowitego braku poczucia humoru. Jedyną dobrą wiadomością było, że vaizardzi najprawdopodobniej mogli nas wyciągnąć z tego ponurego miejsca. Pytanie brzmiało, czy zdążą, zanim skonam z nudów… Risa-san wysłała „prośbę o pomoc”, przy okazji wyczerpując swoje rezerwy i tracąc przytomność. Na szczęście miałam przy sobie jakiś zapomniany batonik. Inaczej musiałybyśmy ją nieść…

Siadłyśmy sobie na piasku, rozmowa się nie kleiła i nagle koło mnie z piasku wynurzyło się coś wyglądającego jak peryskop. Natychmiast zasłoniłam wizjer palcem. Jeszcze będą mnie tu podglądać… Chwilę później piasek stracił swoją spoistość i zapadłyśmy się gwałtownie… by wylądować w rodzaju korytarza, przed sporą grupą hollowów. Potwory (takie określenie się przyjęło, prawda) wyglądały na niepewne, co należy zrobić w zaistaniałej sytuacji. Postanowiłam im pomóc. Wstałam, otrzepałam się z piasku i rozejrzałam się dookoła. To naprawdę wyglądało na korytarz, choć z jakiegoś powodu nie sądziłam, że znajduje się on w budynku… Krótka wymiana uprzejmości (szczególnie między vaizardami i coraz bardziej speszonymi gospodarzami) i już wiedziałam, że znajdujemy się w odpowiedniku okrętu podwodnego, powstałego z truchła wieloryba podpiaskowego. Genialne! Dziurę oczywiście musieli zatkać. Napędu dostarczają jakieś hollowy niższego rzędu, machając płetwiastymi ogonami, jeśli dobrze zrozumiałam. „Korytarz” okazał się przełykiem! Mimo protestów koleżanek („Nie można im ufać. Mają maski” – w wykonaniu A. skłoniło mnie do rozważenia, czy przypadkiem moja opinia o ich braku poczucia humoru nie była przedwczesna) byłam zdeterminowana zwiedzić ten niezwykły pojazd.

Jako przewodnik zaoferował się insektopodobny (choć humanoidalny) hollow. Poprowadził mnie w kierunku gardzieli (kierunek odwrotny byłby mało polityczny), jednocześnie racząc mnie historyjkami ze swojego życia po życiu. Po kilku uwagach zaczęłam słuchać uważniej, wyglądało na to, że mamy wspólnych znajomych. Na wygłoszone obojętnym tonem oświadczenie, że walczył z arrancarem, musiałam już zareagować. Ten drugorzędny hollow walczył z arrancarem (swoją drogą – po co?) i wciąż istnieje? Mało prawdopodobne… Choć fakt istnienia mógł zawdzięczać „nieznacznej” pomocy pewnego człowieka, którego opis wydał mi się podejrzanie znajomy. Gdy wytężyłam pamięć, rzeczywiście przypomniałam sobie, że Uryuu-nii parę lat wcześniej odwiedził te piaszczyste strony i według wszelkiego prawdopodobieństwa walczył z przynajmniej jednym arrancarem. Z pewnością ucieszy się, gdy przekażę mu pozdrowienia od jego zbawcy.

Po jakimś czasie dzielna załoga postanowiła zapolować na powierzchni. Hura! Mogłam obejrzeć wieloryba z zewnątrz! Aparatu brak, ale chyba miałam przy sobie szkicownik… Martwy potwór okazał się imponujący. Za to pieczony hollow… trochę jak szczególnie paskudny francuski ser pleśniowy. Ale w końcu turysta powinien spróbować miejscowej kuchni, inaczej wakacje sa niekompletne. Wyjaśniła się (częściowo) sprawa kolumny ciemności. Według „naszych” hollowów to manifestacja szczególnie wkurzonego Vasto Lorda. Ostatniego w swoim gatunku, po tym jak pozostali przyłączyli się do Aizena. Przy okazji kilka domysłów:
- byli VL nie są tak silni, jak kiedyś (czyli stając się arrancarami stracili, nie zyskali siłę)
- ostatni prawdopodobnie jest zamieszany w cały ten bałaga w naszym świecie, choć trudno na razie mówić o motywach

Nie chciało nam się już wracać do wieloryba (nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakują rekiny i raczej nie pomoże nam to w powrocie). Odłączyłyśmy się więc od wesołej gromadki, choć zdążyłam się już troche do nich przywiązać). Jakby na zamówienie, niedługo potem w niebie otworzyła się dziura. Garra-coś-tam! Wypadł z niej jasnowłosy arrancar. Oto nasza szansa! Jeśli tylko ustabilizuję bramę… Do czegoś się te moje zdolności Quinci przydały. Przez chwilę rozważałam wykończenie arrancara, w tej chwili nie mógłby się bronić, a zawsze to jeden mniej na przyszłość… Ale vaizardki mnie poganiały. Jednak widok tego nieszczęśnika wyraźnie mi się z czymś kojarzył. Wyraźnie trafiło go wysokie napięcie, poza innymi ciosami. Wyglądało to znajomo, ale zanim doszłam do konstruktywnych wniosków, przeciągnięto mnie przez bramę.

Wylądowałyśmy w piwnicy. Miałam dość ciemności, więc jak najszybciej się z niej ewakuowałam. Okazało się, że byłyśmy w akademiku… Było wczesne popołudnie. Prawie dwa tygodnie później. Zaciekawiło mnie, czy już uznano mnie za zmarłą… Do kogo zadzwonić najpierw? Ostatecznie zdecydowałam się na naczelnego i to był dobry wybór:
- policja dostarczyła mój sprzęt do redakcji w stanie nienaruszonym
- podejrzewali, że mnie już nie zobaczą, bo automat zarejestrował wybuch, w którym zniknęłam
- w krótkim czasie wybuchło jeszcze kilka innych miejsc
Zapowiedziałam się w redakcji i zadzwoniłam do Klary-san. Ona powinna wiedzieć, co wybuchało przez te dwa tygodnie. Komórka nie odpowiadała, a w mieszkaniu odezwał się ktoś inny. Jakby znajomy, ale nie byłam pewna i dopiero po chwili wyjasniło się, że to Tomokazu Aya. Po krótkiej rozmowie uzałam, że wyniki badań laboratoryjnych ze szpitala nie będą już potrzebne, skoro zatruty pigment został zidentyfikowany i w dużej części wyeliminowany. Swoją drogą, masowe morderstwo na taka skalę to już problem dla agencji rządowej, a nie skromnej łowczyni demonów (upraszczając definicje). Przyjęłam zaproszenie na obiad (Klara-san wynajęła im mieszkanie, czy co?) i w końcu wybrałam numer Uuryu-nii. Dla przyzwoitości i, jak się okazało, niepotrzebnie. Chyba zepsułam mu dzień swoim zmartwychwstaniem.

Ruszyłam w stronę komunikacji i po chwili się zatrzymałam, zdziwiona że obie vizardki idą razem ze mną. Też telefonowały i uznałam, że dołączą do swoich. Fakt, Katsuragi też jest „ich”… Uświadomiłam je, że Klary-san nie ma w domu, ale nie od razu uwierzyły. Wcale się nie dziwię ich podejrzliwości, w końcu shinigami rządzący się w domu nieobecnego vizarda… Ale w końcu się odczepiły.

W mieszkaniu Klary-san okazało się, że sytuacja jest jeszcze dziwniejsza, niż sądziłam. Obiad na szczęście okazał się rzeczywisty. Ostatnio jadam bardzo nieregularnie, a Yui-chan gotuje całkiem nieźle. W każdym razie udało mi się zapomnieć smak pieczonego hollowa. Tomokazu-san i Yui-san wyglądały na wstrząśnięte i obrażone na Arisugawa-san. On z kolei bawił się grami video z jakąś małą dziewczynką, której nie dorastał w tej dziedzinie do pięt. Wymieniliśmy trochę wieści i udało mi się co-nieco wydedukować. Wyglądało na to, że ominęła mnie wizyta czterech kapitanów, poprzedzona spotkaniem z prawą ręką Aizena, Isomaru Ginem. Arisugawa-san podpadł, bo zostawił podwładne same z tym kłopotem, jak to facet. Znowu pech… Nigdy nie ma mnie w okolicy, gdy dzieje się coś ciekawego. Z jakiegoś powodu obie shinigami zbladły na wzmiankę, że chciałabym być przy tym spotkaniu.

Odpoczynek nie był mi pisany. Wybuch reiatsu w pobliżu postawił nas wszystkich na baczność. Jakiś warlock i arrancar, przynajmniej tak mi się wydawało. Wszyscy popędzili w tym kierunku, ja za nimi, sama właściwie nie wiedząc dlaczego. Mało prawdopodobne, żeby trójka silnych shinigami (+ dziewczynka z talentem do barier) potrzebowali mojej pomocy… Arrancar poza standardowym zestawem paskudnych sztuczek miał ze sobą coś w rodzaju pistoletu lub krótkiej strzelby na reiatsu. Miałam wrażenie że bożkowie śmierci nie byli tym nadmiernie zaskoczeni, co oznaczało, że wcześniej coś takiego już widzieli. Po szybkiej ocenie sytuacji (kiepskiej) przysiadłam sobie pod osłoną koło nieprzytomnego i wypompowanego z reiatsu warlocka (efekt trafienia z pistoletu) uznając, że lepiej nie rzucać się w oczy. Za to widok miałam piękny… Tylko aparatu mi brakowało. Strasznie. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam robić szkice w notesie. Te dynamiczne pozy! Rozwiane szaty! Twarze pełne ekspresji! Obudził się we mnie artysta, częściowo zagłuszając zdrowy rozsądek. Yui-chan stanowiła wdzięczny obiekt, a nieznajoma shinigami z rozwianą grzywą czarnych włosów, która pojawiła się nie wiadomo skąd, sprawiła, że całkiem przestałam się przejmować dogasającą walką.

No tak, walka. Arrancar w końcu się ewakuował, pozostawiając niezwykłą broń, która znalazła się w centrum zainteresowania natychmiast po zidentyfikowaniu nadliczbowej shinigami. Shinigami daiko, żeby być precyzyjnym, o znajomo brzmiącym nazwisku Kurosaki Karin. Krótki telefon do Seiretei i przez otwartą bramę przeszedł nieletni kapitan X Dywizjonu (on też zasługuje na portret w dramatycznej pozie). Tomokazu-san skoczyła w jego kierunku wyciągając miecz i w tym samym momencie poczułam emisję reishi. Choć to widziałam, nie wiem, jakim cudem sparowała cios. Wybuch bramy chyba tylko częściowo był spowodowany rykoszetem. Wkrótce stało się jasne, że problem jest dużo głębszy niż uszkodzenie bramy, całkowicie została zerwana komunikacja ze Społecznością Dusz.

Z braku innych opcji centrum kryzysowe zostało założone w mieszkaniu nieobecnej Klary-san. Yui-san zaczęła przygotowywać kolejny posiłek, nie zwracając większej uwagi na sugestie, że nie można jeść ciągle obiadów. Może tym razem podwieczorek? Zanim jednak dyskusja weszła w konstruktywna fazę, zjawili się kolejni goście. Sakura-sama, Urahara-san i Yoruichi-san rozumiem. Kurosaki-san pewnie martwił się o siostrę. Ale kto zapraszał Ishidę? Przynajmniej przyniósł mój aparat (pytanie, co robił w redakcji…)

Ponieważ zanosiło się na dłuższe posiedzenie, a mieszkanie Klary-san jakoś nie chciało dostosować wymiarów do okoliczności, Sakura-sama zlitowała się nad nami i zaproponowała przenosiny do swojej rezydencji. Fajnie mieszka… Ponieważ omawiano głównie sprawy Społeczności Dusz, nie wtrącałam się. Z zamyślenia wyrwała mnie dopiero kometa… Obecni zidentyfikowali ją jako kapitana XI Dywizjonu, wyraźnie znanego z braku orientacji przestrzennej (a podobno to kobiety mają z tym problem). Wraz z Yui-chan i Tomokazu-san wybrałam się na spacer, by go skierować we właściwą stronę. Rzeczywistość okazała się jednak nieprzyjemna. Na dnie krateru leżał potężny shinigami cały pokryty krwią i tak zmaltretowany, że za cud należało uznać, że jeszcze żył. Wyglądało na to, że kilkakrotnie trafiono go z pistoletu wysysającego reiatsu, który wcześniej widziałam. Mimo to wciąż emitował niesamowicie silną aurę! W trybie pilnym przetransportowaliśmy go do domu i zabraliśmy się za łatanie. Uzdrowiciel ze mnie żaden, ale udało mi się przynajmniej uspokoić jego szaleńcze reiatsu. Nie chciałabym się jednak tym zajmować, gdyby był w pełni sił…

Zaraki-san przebił się przez barierę, która otoczyła Społeczność Dusz, by wezwać shinigami do powrotu. Jeśli dobrze zrozumiałam, w Seiretei ujawnił się zdrajca, były kapitan XII Dywizjonu. Podejrzewam, że ataki na Hitsugaya-taichou i Zaraki-taichou nie były jedynymi. Przebicie bariery ładunkiem o duże mocy (np. dużą strzałą z łuku Quinci) mogłoby na chwilę otworzyć przejście, ale nie było to pewne rozwiązanie i nie dawało możliwości powrotu…

Myślenie przerwał nam atak Gillianów. Uznałam, że takie doborowe towarzystwo nie potrzebuje nadmiernie mojej pomocy, za to brak materiałów z tej walki byłby plamą na moim reporterskim sumieniu. Wreszcie miałam swój aparat! Zajęłam się się fotografowaniem tej malowniczej gromadki w bojowych pozach. Niektórzy nie potrafili się wczuć i chowali się przed obiektywem, ale takie drobne trudności to chleb powszedni. Uuryu-nii ofuknął mnie, że zachowuję się nieodpowiedzialnie (i kto to mówi) i dał mi łuk (jak zwykle sądzi, że nie noszę ze sobą swojego sprzętu…). Czego właściwie oczekiwał? Powinien wiedzieć z własnego doświadczenia, że standardowe strzały Quinci nie są w stanie poważnie zaszkodzić Menosom. Nagle zalała mnie powódź reiatsu. Zaraki-san stał za mną, przesyłając mi swoją siłę (nie był w stanie pozwalającym na bezpośredni udział w walce). Z taką strzałą już mogłam coś zrobić!

cdmn

Czarna msza

W czasie, gdy ja próbowałam dojść do łady z fryzurą i wyjaśnić Klarze-san, że nie po to wymknęłam się ukradkiem, żeby ją zgubić, znajome shinigami przeprowadzały własne śledztwo. Pluskiewka, którą zostawiłam Tomokazu-san, działała bez zarzutu i udało mi się dowiedzieć w ten sposób kilku ciekawych rzeczy. Spotkały dziwną dziewczynę chcącą pomścić siostrę, która zmarła w paskudny sposób po zażyciu pigmentu. Możliwości mszczenia się miała całkiem rozległe, sądząc z sposobu, w jaki potraktowała dealera… Była gotowa kontynuować, nawet po trupach shinigami, na szczęście przerwała jej wezwana pośpiesznie karetka. Bez dłuższego namysłu postanowiłam porozmawiać z przypieczoną i podziurawioną ofiarą. Pacjenci są zwykle zadowoleni, gdy się ich odwiedza w szpitalu, prawda?

Dyżurna pielęgniarka nie była pomocna. Na szczęście zdobycie fartucha w szpitalu to żaden problem. Gorzej, że Uuryu-nii przyłapał mnie zanim dotarłam do właściwego pokoju. Dlaczego musieli tego nieszczęśnika przywieźć akurat do tego szpitala, w którym mój kuzyn odbywa praktyki?

Uuryu-nii nie był pewien, co ze mną zrobić. Miałam ochotę się z nim podroczyć, ale szybko dałam spokój. W końcu zawstydzenie go nic by mi nie dało i raczej by nie pozwoliło zdobyć potrzebnych informacji. Wytknęłam mu tylko, że poważne dyskusje lepiej prowadzić w nieco mniej publicznym miejscu niż korytarz. Szybko zaciągnął mnie do pustego pokoju (całkiem sprawnie, muszę przyznać) i mogliśmy spokojnie porozmawiać.

Okazało się, że Uuryu-nii może być całkiem przydatny – miał sporo informacji o samym narkotyku i stanie pacjenta. Stwierdził oczywiście, że opisane przeze mnie objawy (zatrutej narkomanki) są niemożliwe, ale chyba udało mi się go zainteresować, bo sam zaproponował, że przekaże mi wyniki badań próbek przekazanych przez policję do lokalnego laboratorium. Oczywiście nie za darmo. Przez chwilę miałam na końcu języka, że mogę mu oddać moją kolekcję szklanych kulek (już wyrosłam z tego hobby), ale to mogłoby nie odnieść właściwego efektu, ograniczyłam się więc do obietnicy bezwarunkowej wymiany informacji. Ponieważ wolę się zabezpieczyć, wyraźnie zaznaczyłam, że tylko przez najbliższe dwa tygodnie.

W międzyczasie do pokoju zajrzała jakaś pielęgniarka, jak sądzę w poszukiwaniu mojego kuzyna, ale wycofała się bardzo szybko, widząc że ma towarzystwo. Już dawno nie widziałam takiego pięknego rumieńca! Podejrzewam, że nawet nie wpadł na to, że poprawiłam mu reputację. Tak go to zbiło z tropu, że nie dał mi wyjść inaczej niż przez okno. Nie, żeby to był dla mnie problem, ale przecież to jeszcze bardziej skomplikuje tą sprawę w oczach personelu… Zresztą, to już jego problem.

Postanowiłam zrobić sobie przerwę, odsłuchać nagrania i przespać kilka godzin. W skrzynce znalazłam jedną z moich pluskiew i wizytówkę – przynajmniej dowiedziałam się, kim jest nieznajomy, na którego ciągle wpadałam. Ze spania wyszło jednak niewiele, szczególnie że obiecałam spotkać się z Tomokazu-san i resztą. Głównym odbiorcą pigmentu okazały się liczne w tych czasach sekty, więc siadłam do komputera i zajęłam się gromadzeniem informacji. Poczytałam o nadchodzącej apokalipsie, objawieniach i podróżach duchowych, wydrukowałam co ciekawsze kawałki i wynotowałam adresy. Przed umówionym spotkaniem pokręciłam się w pobliżu siedziby jednej z ciekawszych grup. Musieli właśnie skończyć jakieś spotkanie – przy okazji dostałam miejscową gazetkę, niewiele się różniącą od tych wydawanych przez kółka parafialne.

Spotkanie zaowocowało stworzeniem dziwacznego sojuszu - dla odmiany postanowiliśmy skoordynować działania. Ja zajęłam stanowisko na dachu sąsiedniego budynku, ustawiając aparat na statywie i próbując złapać coś na mikrofon kierunkowy. Niestety, z marnym szczęściem. Zaczęłam się już nudzić, gdy do starego kościoła, sąsiadującego z siedzibą tej podejrzanej grupy, zaczęli się schodzić ludzie. Vizardki wmieszały się w tłum, a ja po momencie wahania dołączyłam do nich, zostawiając sprzęt na dachu. Po pierwsze, w kościele wyglądałabym podejrzanie. Po drugie, nie wiadomo, co to za ceremonia i czy nie skończy się ogólną bijatyką (sądząc po średniej z ostatniego miesiąca, kolejna powinna się zdarzyć najpóźniej do końca tygodnia)…

Początkowo nie działo się nic specjalnego. Msza, zwykła czy czarna, nie ma w sobie nic ciekawego, o ile nie jest się akurat wierzącym członkiem wspólnoty. Jedynym niepokojącym mnie elementem był puchar z podejrzanym napojem. Większość czasu spędziłam na obmyślaniu sposobów nie wypicia zawartości bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy przyszedł wzniosły moment (to pewnie odpowiednik komunii w chrześcijaństwie), jakoś mi się udało nie wywołać sensacji. Wtedy zaczęło się robić interesująco. Sporo efektów specjalnych (abstrakcyjnie zatęskniłam za moim aparatem), trochę bełkotu o ludzie wybranym i końcu świata… i zupełnie realny hollow. Silny hollow. Bomba.

Po punkcie kulminacyjnym nastąpiły ogłoszenia parafialne i ludzie zaczęli się rozchodzić. Vizardki ruszyły w stronę proroka, ja za nimi. Odegrałam scenkę pod tytułem „Ten świat zdąża ku przepaści, otwarły mi się oczy, pozwól mi podążać za sobą” i chyba wyszło całkiem dobrze. Niestety, w „zakrystii” sprawy przyjęły mniej korzystny obrót. Prorok posiadał jakieś siły, poza tym miał poważne wsparcie z Hueco Mundo i zorientował się, że nie jesteśmy przypadkowymi nawróconymi. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami, nadeszła pora na ogólną bijatykę. A potem otwarła się czarna dziura, która nas wessała i zapadła ciemność.

Tuesday, April 3, 2007

Clubbing

Oczywiście przysnęłam i oczywiście nie poczułam przez całą noc nic interesującego. Kiełkujące dzień wcześniej podejrzenie zamieniło się niemal w pewność. Ożywieńców-demonologów nie było w okolicy. Co znaczyło, że trzeba okolicę zmienić. I wtedy mnie olśniło (a przynajmniej w tamtym momencie tak mi się wydawało). Siedzenie w jednym miejscu nie miało sensu, dużo lepiej się przemieszczać. Krążenie po Tokio w metrze pozwoliłoby mi zlustrować spory obszar w krótkim czasie, no i może trafiłby się jakis bardziej przyziemny temat dla reportera. Chociaż to ostatnie było mało prawdopodobne.

Już koło trzeciej stacji zorientowałam się, że popełniłam fundamentalny błąd. Nie zjadłam śniadania. Właściwie, jak się głębiej zastanowiłam, nie jadłam nic od śniadania dzień wcześniej, na dworcu. W międzyczasie dużo się wydarzyło, a ilość energii, jaką spaliłam w czasie walki, zrekonpensowałby tylko obiad z kilku dań… Nic dziwnego, że miałam zawroty głowy. I wciąż byłam zmęczona…

Obudziłam się ponownie, gdy ktoś koło mnie usiadł. Nic nadzwyczajnego w metrze, ale to była znajoma aura, więc wybiło mnie to z drzemki. Tomokazu-san! I właśnie brała się za onigiri. W brzuchu zdradziecko mi zabulgotało, ale nie zamierzałam się narzucać komuś, kto udaje, że mnie nie zna. Przecież wystarczy wysiąść na następnej stacji… ależ te onigiri pachną… Znowu przysnęłam. Ocknęłam się, gdy pociąg szarpnął zatrzymując się na stacji. Shinigami popędziła do wyjścia, ale przedtem włożyła mi do ręki jedno onigiri. Jakie to miłe z jej strony! Kiedy dostrzegłam ją wśród ludzi, ukłoniłam się. Onigiri uleglo oczywiście natychmiastowej anihilacji.

Jeśli dobrze pamiętam (byłam skupiona głównie na poszukiwaniu jedzenia), po drodze wpadłam na bardzo oryginalnego osobnika. Z braku czasu wcisnęłam mu po prostu swoją wizytówkę i popędziłam do pierwszej knajpki z brzegu. Tam wreszcie mogłam coś zjeść. Zajęło mi to sporo czasu, ale wreszcie poczułam się jak człowiek. Wyszłam ze stacji metra i rozejrzałam się po okolicy. Nic ciekawego… Poza wyraźnie wyczuwalną aurą demonologa na pobliskim cmentarzu. W świetle dnia spacery między nagrobkami tracą wiele ze swojego uroku, jednak zaradziłam temu starając się przemieszczać w sposób utrudniający wykrycie (czyli skokami od grobu do grobu). Zamiast ożywieńca znalazłam jednak Sakurę-sama, porgążoną w rozmowie z Tomokazu-san. Przez chwilę się wahałam, ale w końcu dołączyłam do nich. Sakura-sama (podobno w porozumieniu z dziadkiem) zmieniła moje rozkazy na śledzenie nowego narkotyku. To przynajmniej temat dla reportera. Miałam dziwne wrażenie, że Tomokazu-san coś wie na ten temat, ale zanim miałam okazję ją o to pomęczyć, zadzwonił telefon. Klara-san! Ta rozmowa wprawiła mnie w doskonały humor. Bycie przewodnikiem kompletnie nieobytej vizardki podczas rundki po nocnych klubach to czysta przyjemność. Szczególnie, że można to połączyć z pracą. Miałam też podejrzenia, że to nie nagła chęć nadrobienia zaległości w socjalizacji skłoniła ją do tej niespodziewanej wyprawy. Coraz ciekawiej. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, jestem trzecią „jednostką” idącą śladem tego narkotyku. Częściowo po to, żeby się upewnić, a częściowo dla rozrywki, podrzuciłam Tomokazu-san pluskiewki (zwykłą i zmodyfikowaną na poziom duchowy).

Dzielnica rozrywek studenckich po południu dopiero zaczyna ożywać. Spotkałam się z Klarą-san stosunkowo wcześnie i w okolicy było jeszcze bardzo wielu przypadkowych przechodniów… Między innymi ten sam dziwny człowiek, któremu rano wręczyłam wizytówkę. Znów nie miałam czasu, więc podrzuciłam mu pluskiewkę, mając nadzieję, że czegoś się o nim dowiem.

Zaczęłyśmy bardzo spokojnie, ale Klarze-san najwyraźniej nie o to chodziło, wkrótce zmieniłyśmy więc lokal na porządną, pełnowymiarową i głośną dyskotekę. Poza standardowym zestawem dziwolągów tym razem było tam wiele półprzezroczystych postaci i przynajmniej drugie tyle tych, którzy je widzieli i nie uciekali z krzykiem. Sporo się zmieniło, odkąd bawiłam się tam ostatni raz… Oczywiście dealerzy też byli na posterunku. Kupiłam działkę tego modnego świństwa, podrzucając przy okazji pluskwę zblazowanemu sprzedawcy i szybko wróciłam na parkiet. Klara-san wpakowała się w pyskówkę z duchem, na dodatek pojawiły się wystrojone shinigami. Yui-chan wyglądała nadzwyczaj powabnie w ten kruciutkiej spódniczce. Ciekawe, kto jej wybrał ten strój.

Dyskusję szybko przeniosłyśmy na ulicę. Dowiedziałyśmy się tyle, że półprzezroczyści nazywają się Hyu i przed śmiercią zażywali narkotyk nazywany pigmentem. Zmarli niekoniecznie z powodu przedawkowania, bezpośrednia przyczyna wydaje się mieć niewielkie znaczenie. Rozmowę z tą miłą dziewczyną-duchem przerwało nam kilku półprzezroczystych yakuza, którzy robiąc groźne miny oświadczyli, że shinigami nie powinni się wtrącać w sprawy Hyu, bo to nie ich sprawa. Jeśli moja dedukcja, że Hyu nie da się odesłać do Społeczności Dusz, jest poprawna, to jak najbardziej jest to sprawa shinigami… Quinci zostali zdziesiątkowani dokładnie z tego samego powodu – za zakłócenie równowagi.

Trochę nieuprzejmie wymknęłam się nie informując Klary-san, ale „mój” dealer postanowił zakończyć pracę, a ja nie miałam ochoty go zgubić. Scenka, która rozegrała się wkrótce na ciemnej ulicy, musiała wyglądać zabawnie… Dealer, za którym skrada się młoda dziewczyna (to ja), za którą skrada się dwóch byczków (to Hyu-yakuza), a na to wszystko wpada następna dziewczyna (to Klara-san). Potem był jeszcze kieszonkowy hollow wezwany przez wspomnianych yakuza i znów trzeba było mnie ratować. Tym razem musiałam dziękować vizard(k)om.

Monday, April 2, 2007

Podejrzane znajomości dziadka i ogólna irytacja

Nie znoszę szpitali. Fakt, że klinika Ishidy nie jest najgorsza, ale dlaczego musimy się spotykać właśnie tam, a nie w jakimś przyjemniejszym miejscu, jak na przykład restauracji? Moi nowi znajomi z innego świata poznikali, więc teoretycznie mogłabym spokojnie uporządkować materiały – gdyby nie nagłe wezwanie na tą rodzinną naradę. Całe szczęście, że udało mi się skończyć pierwszą wersję artykułu w pociągu i wysłać ją z dworca do redakcji.

Na powitanie dziadek pomarudził, że się spóźniłam - jeśli tak im zależało na mojej obecności, mogli wziąć pod uwagę czas potrzebny na podróż. Usiadłam więc grzecznie w kącie i jak zwykle na tego rodzaju spotkaniach udawałam, że mnie nie ma. Obecni pomagali mi z całych sił. Jak się jest jedyną kobietą i najmłodszą obecną osobą w towarzystwie, takie sprawy przychodzą naturalnie.

Zdaje się, że nie wyjaśniłam jeszcze sprawy mojego szkolenia. Przy ogólnym stosunku Quinci do kobiet w ich szeregach można by się spodziewać, że cała moja nauka sprowadzi się do tego, jak stłumić talent, by nie zrobić komuś krzywdy. Na szczęście ich szowinizm nie tłumi resztek rozsądku. Prawdopodobnie szczęśliwą dla mnie okolicznością było też to, że brat mojej matki nie był żonaty i nie posiadał potomstwa. Ponieważ nie istnieje akademia Quinci, nauczanie jest bardzo rozproszone i istnieje praktycznie tyle linii przekazu, co linii rodu. Teoretycznie Ryuuken-oji-san zna wszystkie techniki, w praktyce z pewnością istnieją sztuczki przekazywane tylko z mistrza na ucznia, bez informowania reszty klanu. Brak dzieci, które najczęściej są jedynymi uczniami, oznacza że część wiedzy przepadnie. Seikun-sensei był więc mile zaskoczony utalentowaną siostrzenicą (i bardzo niemile zaskoczony, że mój młodszy brat jest całkowicie pozbawiony talentu). Moje szkolenie zostało gwałtownie przerwane, gdy miałam szesnaście lat. Moja matka i wuj zginęli w banalnym wypadku samochodowym. Pół roku później przeniosłam się z Kioto, gdzie mieszkałam z rodzicami, do Tokio, przede wszystkim po to, żeby formalnie zakończyć szkolenie pod okiem seniora rodu. Na szczęście dla nas obojga nie zabrało to wiele czasu i mogłam się usamodzielnić. Od tego czasu odwiedzam ojca i brata nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Wiem, że matka uprzedziła przed ślubem ojca, że ich dzieci mogą „mieć pewne moce”, ale nie wiem, czy uwierzył… Więc ja nigdy o tym nie wspominam. Miło czasem być po prostu córką i siostrą, nawet jeśli w tym celu czasem trzeba nieco nagiąć prawdę. Nie wiem jednak, czy uda mi się to wszystko ukryć przed Hikaru, gdy za pół roku przyjedzie do Tokio do collegu…

Wracając do rodzinnej narady, zapowiedziany przez dziadka gość honorowy był dla mnie sporym szokiem. Do pokoju weszła białowłosa Sakura-sama i przez chwilę byłam pewna, że moje rozrywkowe wakacje są już w szczegółach znane wszystkim obecnym. Potem myślenie dogoniło odruchy i odetchnęłam z ulgą. Gdyby wiedzieli, powitanie byłoby inne. Ukłoniłam się grzecznie, wybąkałam jakieś powitanie (mając nadzieję, że nikt poza nią nie usłyszy) i zniknęłam za zasłonką. Zawsze to jakaś iluzja niewidzialności. W imię jakiś starych interesów i podejrzanych przysług Sakura-sama (za pośrednictwem dziadka) rozesłała nas po okolicy w poszukiwaniu trójki zaginionych demonologów. Mogło być gorzej… Ona wyszła, a wujek Ryuuken wyciągnął mnie zza zasłonki i kazał szukać ożywieńców w parze w Uuryu-nii. To właśnie było „gorzej”.

Uuryu rozbawił mnie na wstępie podejrzeniem, że nie będę w stanie rozpoznać aury demonologów, ale nie widziałam powodu, żeby wprowadzać go w szczegóły mojej znajomości z nimi. Dał mi krzyżyk (po co? Mój bardzo dobrze działa…) i pojechaliśmy razem w stronę uniwersytetu. Równie dobre miejsce, jak każde inne, szczególnie kiedy przy okazji załatwia się prywatne sprawy (to nie o mnie). Jechaliśmy spokojnie (uparcie udawałam, że drzemię), gdy całkiem niedaleko ktoś uaktywnił bankai. Albo coś bardzo podobnego. Niestety, po dotarciu na miejsce okazało się, że cokolwiek się działo, już się skończyło. Niektóre ślady wyglądały dziwnie znajomo, ale mogło mi się wydawać. Rozstałam się z Uuryu-nii i poszłam na spacer. Czyli do najbliższej knajpki.

Zauważyłam ich zaraz po wejściu do baru. Tomokazu-san i Yui-chan siedziały przy stoliku z młodą kobietą i osobnikiem o bardzo dziwnej aurze i w widoczny sposób się przed nimi płaszczyły. Kupiłam colę i przysiadlam się do nich. Nie wykazałam się przy tym ani nadmierną uprzejmością ani rozsądkiem (nawet gdybym nie czuła aury tych dwojga, zachowanie prawie-shinigami wręcz krzyczało o potrzebie ostrożności), ale nie byłam w nastroju do dbania o etykietę. Moje znajome miały miny, jakby chciały zemdleć. Rodzina naprawdę potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale nie było przecież sensu im tego tłumaczyć. Mam tylko nadzieję, że ten zielono-biały potwór był bardziej rozbawiony niż obrażony…

Po wyjściu dwójki nieznajomych rozegrała się dziwaczna scenka z osobnikiem naćpanym jakimś egzotycznym świństwem i radośnie przeżywającym projekcję astralną, czy jak to astrologowie nazywają. Doskonała ilustracja powiedzenie „wyszedł z siebie i stanął obok”. Mogło mi się tylko wydawać, ale Yui-chan przy okazji udzielania pierwszej pomocy wyczyściła mu chyba kieszenie… Zaradna osóbka.

Pamiętając, że mam zadanie do wykonania, rozstałam się w shinigami (swoją drogą, co one tam robiły? Z arrancarem, tak na oko?) z postanowieniem kontykuowania poszukiwań i unikania kuzyna. Trzeba mieć jakieś prywatne cele w życiu. Świat uparł się jednak zwieść mnie ze ścieżki cnoty. Reiatsu, które wybuchło w poblizu, nie pachniało demonologiem. Ale i tak postanowiłam to sprawdzić. Po fakcie na pewno znajdę dla tego jakieś usprawiedliwienie. Dla porządku zadzwoniłam do kuzyna, żeby się nie żył w niepewności (jestem przewidywalna, w pewnych granicach, ale czasem włącza mi się samokontrola i nie trzeba mnie ratować). Wpakowałam się na warlocka, który niezupełnie panował nad swoją mocą. Poziom kapitana shinigami, mniej więcej, a kontrola stażysty… W najlepszym wypadku. Miałam nadzieję, że tym razem też ktoś będzie mnie ratował, bo nie wyglądało to optymistycznie. Skakanie po dachach i pionowy slalom w wąskich uliczkach to ciekawa rozrywka, ale wykończenie go raczej przekraczało moje możliwości…

W charakterze kawalerii przybyły shinigami. Ktoś rozsądny postawił też barierę, co ostatecznie pozbawiło mnie zahamowań. Ze względu na prośbę powyżej wspomnionych pominę szczegóły starcia (nigdy nie wiadomo, kto niepowołany może to przeczytać). Efekty były następujące:
1) warlock został zabity przez budynek, który się na niego zawalił (powiedzmy)
2) powstał nowy hollow klasa menos 2 i przeszedł do HM
3) Yui-chan została poważnie ranna (jej zanpaktou zostało złamane) i szybko przetransportowano ją do Seiretei
4) Mnie też się oberwało, ale na szczęście umiarkowanie. W ramach szeroko pojętej współpracy zostałam nawet uleczona.
5) Po zdjęciu bariery pojawiło się bardzo wiele osób, których nikt nie zapraszał. Między innymi Uuryu-nii.

- Witaj, kuzynko…
Kurosaki Ichigo (taką czuprynę ma tylko jedna osoba w tym mieście) spojrzał na mnie przelotnie i spytał Uuryu-nii:
- Twoja rodzina?
Uwielbiam ten typ. Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam Uuryu, ruchem podbródka wskazując w ogólnym kierunku shinigami daiko:
- Twoi znajomi?
Mina Kurosaki-san była tego warta. A potem, wyobraźcie sobie, zaczęli się umawiać na piwo! Mało nie parsknęłam śmiechem. A ponieważ tego dnia nie byłam w litościwym nastroju, podziękowałam grzecznie kuzynowi za troskę i okazaną pomoc, obiecując nie wspominać Ryuuken-oji-san o tym brataniu się z shinigami.

W końcu wszyscy sobie poszli. Postanowiłam spędzić tą noc na dachu. Po pierwsze, miałam nadzieję, że uda mi się wyczuć reiatsu, na które powinnam polować cały dzień i na którego ślad jeszcze nie trafiłam. Po drugie… Nie chciało mi się stamtąd ruszać. Czasami bywam naprawdę uparta.